- Wiesz, jak cię znaleźliśmy, za tylną łapę ciągnął cię głodny lis, ale go przegnałam. - uśmiechnęła się Kruczy Wiatr do Złocistej.
Tylna łapa przywódczyni Klanu Dnia była zakrwawiona, ale to jej nie zagrażało.
- A tak właściwie, to co ty tu robisz, siostra? - zapytałem.
- Nieważne. - odpowiedziała.
- Wiecie, chyba powinniśmy stąd iść. - popatrzyliśmy na Kruczy wiatr, która to powiedziała. - Niedługo zapach krwi Złocistej Gwiazdy przyciągnie inne drapieżniki.
Wróciliśmy do jaskini. Tam wszystkie koty dalej były w złych humorach po śmierci dwóch kociaków. Przynajmniej ten lis, który je zabił, nikogo już nie skrzywdzi. Ostatnio z moją łapą było coraz lepiej i prawie normalnie mogłem chodzić. Dalej mnie bolała i było to trudne, ale przynajmniej mogę się już poruszać. Ostatnio wiele nieszczęść spotyka klany. Ciekawe, co będzie potem. Nie zostaniemy chyba w jaskini na zawsze. Jesteśmy czterema klanami, nie jednym.
- Kruczy Wiatr... - podszedłem do kotki.
Popatrzyła na mnie pytającym wzrokiem.
- Tak właściwie to dlaczego nas tu zaprosiliście? - zapytałem. - Przecież we dwójkę byłoby wam łatwiej i w ogóle.
- To nie był nasz wybór. - powiedziała.
Dopiero po chwili zorientowała się, że nic nie rozumiem i patrzę na nią zdziwionym wzrokiem. Westchnęła.
- Nie jestem przywódczynią ani medykiem, ale... Miałam jakby... Sen. Coś mówiło mi, żebym was zaprosiła. No i tak jakoś się stało. - wytłumaczyła.
- Jaki sen? - zaciekawiłem się.
- Nie pamiętam już. Wiem tylko, że cztery klany nas uratują. Nie wiem, o co chodzi, ale... To najwyraźniej prawda. - miauknęła.
Nagle poczułem głód. Muszę coś zjeść, koniecznie.
Szedłem wśród drzew próbując zapamiętać, którędy z powrotem do jaskini, żeby nie zginąć gdzieś w lesie. Wokół wszystko wyglądało tak spokojnie, że aż prawie zapomniałem o tym, że poprzedniej nocy zginęły tu dwa kocięta. Nagle zobaczyłem na śniegu... Krew. Już myślałem, że to miejsce śmierci tych kociaków i jestem bezpieczny, ale to niestety nie była prawda. Zacząłem iść dalej, a wtedy się o coś potknąłem. Wstałem i popatrzyłem do tyłu. Leżało tam... Ciało... Jakiegoś jasnoszarego kota... Całe zmasakrowane i zakrwawione. Natychmiast krzyknąłem i wdrapałem się na najbliższe drzewo. Przytuliłem gałąź. Zamierzałem się stamtąd nigdy nie ruszać. Ten kot zginął przed chwilą. Morderca tu jest. Płomienny, morderca tu jest. Pewnie na ciebie patrzy, a ty, Mysi Móżdżku siedzisz na drzewie. Zeskoczyłem na dół. Już byłem z siebie dumny, że jestem taki odważny, ale kiedy znów popatrzyłem na ciało kota, szybko wróciłem na swoją gałąź.
- Widzę cię! - usłyszałem głos.
Coś we mnie wskoczyło od tyłu i zepchnęło z gałęzi. Spadłem tuż obok ciała kota. Szybko poturlałem się w bok. Wstałem, cały w śniegu. Mordercą był... A raczej była... Kotka. W wieku jakiś 10 księżyców.
- Co? Boisz się mnie? - zasyczała.
Wziąłem głęboki oddech, próbując nie uciec.
- Nie chcę wojny. Naprawdę. I... Czemu go zabiłaś? - zapytałem.
- Nie zabiłam go. To mój przyjaciel, który nie przetrwał ataku lisa. Kto wie, czy nie ma ich tu więcej.
- Czyli go nie zabiłaś...?
- Jesteś jakiś głupi, albo za mocno walnąłeś w ziemię? - mruknęła.
- To i to?
- Okej, dosyć rozmów. Co tutaj robisz? - powiedziała głośniej, wysuwając pazury.
- Chciałem zapolować, ale mi przeszło.
Skoczyła w moim kierunku, myślałem, że zginę, ale ona nie atakowała.
- Jesteś z jakiegoś klanu, prawda? Czuję inne koty.
- Jestem przywódcą Klanu Świtu. - wyjaśniłem.
Usiadła i polizała swoją przednią łapę.
- I wiesz, że to tereny Kruczego Wiatru i Ciernistej Duszy? - dodałem.
- Tak. Znam ich od jakiegoś czasu. Moja matka przez jakiś czas u nich mieszkała. Pomogli jej przetrwać. - powiedziała kotka.
Oczywiście wróciłem do jaskini z nią, ale przed wejściem się zatrzymaliśmy.
- Na pewno cię znają? - upewniłem się.
- Tak. - mruknęła.
- Okej...
Wszedłem do środka, a kotka zaraz za mną.
Ktoś? xD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz