23 wrz 2015

Od Jastrzębiej Burzy

- Eeeh... - zdjąłem liścia z pyszczka - Chyba nie.
Kotka nie przestawała się śmiać.
- Jesteś nowa, prawda? - zapytałem.
- Tak. - odpowiedziała.
- HEJ! Kim jesteś? - usłyszałem syk Ciemnego Strumyka.
Druga kotka zasyczała.
- Spokojnie, Ciemna, nie bądź zazdrosna. Ona jest nowa. - powiedziałem.
- Aha... Okej... ZARAZ! Ja nie jestem zazdrosna! - mruknęła.
- Taa...
Nieznajoma najwyraźniej cały czas nam się przyglądała.

Srebrzysta Duszo?

Od Srebrzystej Duszy

Pierwsze dni w klanie... Czułam się trochę nieswojo. Kiedyś musiałam radzić sobie sama... Teraz? Działam w grupie. Jednak teraz nie byłam zajęta myśleniem, tylko męczeniem dżdżownicy.
- No chodź tu! - syknęłam jednocześnie się śmiejąc.
Bezradny robak (kurde, kocham to słowo XD) nie mógł nic zrobić, był przeze mnie maltretowany.
Nagle nade mną stanął jakiś kot. Popatrzyłam na niego zdziwiona, gdy nagle zawiał lodowaty wiatr. Kilka liści powirowało i uderzyło kota prosto w mordkę. Bez opanowania śmiałam się. Jednak chcąc go o coś zapytać mój śmiech nadal nie ustawał:
- Czy.. Czy nic... Ci nie jest? - wymamrotałam przez śmiech.
 Jastrzębia Burzo? XD

20 wrz 2015

Od Złocistej Gwiazdy

Deszcz. Zazwyczaj pokazuje się w najmniej oczekiwanych momentach. Lub w oczekiwanych. Czasami również przybiera inną postać. Niektóre koty potrafią wylać z siebie tyle łez, ile deszcz pada.... Ale teraz nie chce mi się dalej gdybać o deszczu... Gdzie ja jestem? Nie wiem szczerze... Tak mocno pada w moim śnie, że aż nic innego po za tym nie widzę... Tylko deszcz i ciemność... Nie. Jednak coś widzę. To coś idzie do mnie. Białe i świecące.... Czyżby to....?
- Kryształowe Serce? - Spytałam zdziwiona. Tak, to była ona. I nawet się nie zmoczyła..... Szczerze.. Ja też nie jestem mokra!
- Tak to ja. - Powiedziała i usiadła obok mnie. - Dobrze cię znowu widzieć.
- I nawzajem. - Powiedziałam. - A czy jesteś sama czy.... - Niestety nie dokończyłam, gdyż za sobą usłyszałam coś.... Dziwnego.Odwróciłam się i zobaczyłam.. Jeszcze bardziej coś dziwnego. To była Osetowa.... Na głowie miała coś zielonego, co zakrywało jej pół głowy. Na ciele posiadała..... Błoto, patyki, kolejne zielsko i Gwiezdny Klan wie co jeszcze. Ale nie to było najdziwniejsze... Otóż moja mistrzyni nie była w pionie, tylko.... Do góry nogami?! Znaczy... Po prostu leżała na grzbiecie i na nim jeździła... Czy jak to inaczej nazwać....
- Pucu pucu pucu.... - Powiedziała dalej jeżdżąc. Ciekawe czy Wróbli do niej by dołączył, czy by patrzył tak jak ja... Pewnie to pierwsze.
- Miłosierdzia Osetowa Skórko.... - Powiedziała moja rodzicielka. Osetowa się zatrzymała i po chwili wstała, machając na prawo i lewo ''włosami''.
- No co? Upiększam się. - Powiedziała stojąc jak jakaś modelka.
- Ok... To.... Co tym razem? - Spytałam. Osetowa i Kryształowa popatrzyły na siebie niepewnie.
- To. - Odpowiedziała krótko Kryształowa i odsunęła się trochę pokazując dwa kocięta. Przecież ten szary, wręcz czarny to Kruczek! A ten jasnoszary z ciemniejszymi elementami to... Lśniący! Ale jedno mnie zdziwiło... Tutaj mają otwarte oczy! Oboje mają niebieskie....
- Kruczek! Lśniący! To wy! - Powiedziałam i przytulałam swoich bratanków.
- Tak to my ciociu. - Powiedział Lśniący.
- Chcemy ci powiedzieć, że z nami jest wszystko dobrze. Wujek z Kruczym Wiatrem zemścili się na lisie. Już nie będzie zagrażał naszym braciom i siostrom. - Dodał Kruczek.
- To dobrze, to bardzo dobrze.. - Powiedziałam wtulając się w główki kociaków. Nagle poczułam, że robię się senna.. - Co już?! Nie! Dajcie mi jesz.... - Niestety ostatnie słowo zastało zagłuszone przez moją mistrzynię.
- Miłego loooooooooooooooooooooooooooooooooooootu!

Drzewo. Moje łapy. Pyszczek mojego brata, chyba Płomiennego... To ja przespałam całą noc koło wierzby? No... Czasami się zdarza....
- Złocista Gwiazdo! - Krzyknęła mi do ucha Krucza. Aż się wzdrygnęłam. - Żyjesz?!
- Nie, śpię. - Mruknęłam i próbowałam wstać, co akurat było trudne, gdyż moje łapy nie chciały się mnie słuchać, pewnie minie trochę czasu, zanim je rościągnę.....


Ktoś? c: Post bez sensu, ale jest... xD

19 wrz 2015

Od Płomiennej Gwiazdy

Tak samo jak inni, zostawiłem brata i Mysią Skórkę samych z ich kociakami. Położyłem się w ciszy. Nie wierzę, że to się stało... To...
Nagle poczułem, że ktoś mnie szturcha. Popatrzyłem tam. Obok mnie stała Kruczy Wiatr.
- Chodź. - powiedziała.
- Ale...
- Nie gadaj, chodź. - mruknęła.
Wyszliśmy z jaskini. Moja złamana łapa zamarzała.
- Gdzie idziemy? - zapytałem, ale ona nie odpowiedziała, tylko rozglądała się co chwilę i chowała za drzewami.
Nagle już się dowiedziałem... Przed nami zobaczyłem lisa. To on zabił kociaki.
- Idziemy po zemstę, Płomienna Gwiazdo, po zemstę... - szepnęła.
Skoczyliśmy na zwierzę.

Później

Wróciliśmy do jaskini cali w krwi drapieżnika. Pokonaliśmy go. Nigdy więcej nie zabije żadnego kociaka.
- Ja muszę spać, nie wiem, jak ty. - powiedziałem.
- Ja też...
Położyłem się w pierwszym lepszym miejscu i dalej brudny po walce zasnąłem. Dalej czułem wielki smutek, ale byłem zbyt zmęczony, by o tym myśleć...

Ktoś?

Od Cichej Gwiazdy

Stałem jak sparaliżowany. Łapy mi drżały, futro się najeżyło, oczy miały rozmiary spodków.
- Nie... - Usłyszałem szept Mysiej Skórki. Widząc sytuacje, wszystkie koty się rozeszły, zostawiając nas samych z kociętami. - NIE!
Upadła na zimny śnieg załzawiona, otulając kociaki łapą.
- KRUCZEK! LŚNIĄCY! NIE ZOSTAWIAJCIE MNIE! NIE MOŻECIE MNIE ZOSTAWIĆ! - Wykrzyczała przez łzy wylizując rozszarpane ciałka naszych synów.
- Mysia Skórko... - Wyszeptałem drżącym głosem. Zalałem się łzami i usiadłem obok niej przytulając.
- Proszę powiedz że to się nie dzieje! - Wypłakała wtulając się w moje czarne futro. - POWIEDZ ŻE TO SIĘ NIE DZIEJE!
Milczałem...nie wiedziałem co powiedzieć. Głaskałem ją po głowie, lizałem po policzku, próbowałem jakoś uspokoić...nie umiałem...nieustannie płakała...tamtą noc spędziliśmy przy naszych młodych. Nie było nam zimno, ze względu na nasze długie futra. Minęło kilka godzin, moja kochana nadal płakała. Miałem nadzieje...wierzyłem że, mimo wszystko jakoś do siebie dojdzie...


Ktośki? ;-;

Od Złocistej Gwiazdy

Podeszłam do maluchów. Były zimne i całe w krwi... Zobaczyłam, jak Mysia z Cichym podchodzą do nich.
- Przykro mi.... - Powiedziałam i lekko się oddaliłam dając miejsce ich rodzicom. Widziałam jak Mysia płakała. Jak MGLISTA płakała! A tak niedawno wszyscy byli szczęśliwi z powodu ich narodzin.... Czekajcie... Skoro Mysia z Cichym są tutaj, to co z pozostałą 10?! Przerażona wizją śmierci kolejnej dziesiątki kociaków, pobiegłam do jaskini. Na całe szczęście, kociaki mają niezłą obstawę. Sowi z Czerwonym pilnowali wejścia, a póki Mysia będzie opłakiwać maluchy, to Czerwonopręga się nimi zajmie... Nie mówiąc nic, wyszłam tak sam szybko, jak się pojawiłam. Nie poszłam żeby opłakiwać maluchy, później to zrobię, chociaż powinnam tam być teraz... To moja rodzina... Zauważyłam, że dotarłam do wierzby. Przypomniał mi się ten ślub i te kichanie i to wszystko... Uśmiechnęłam się lekko na te wspomnienia. Każdy Klan przechodzi dobre i złe chwile w swoim życiu. Poczułam też łzy. Bardzo mnie boli to, że dwa kociaki, które miały w sobie krew mojej rodziny, już nie żyją.... Nie wytrzymałam nerwowo i zaczęłam rzewnie się wypłakiwać przed wierzbą. Przynajmniej ona potrafi posłuchać...

Ktoś? Złocista ma deprechę.... ;-;

Od Mglistego Futerka

Zamknęłam oczy, żeby nie widzieć, jak Wróbli rozwala się na drzewie. Podeszłam do zdobyczy i odgoniłam pozostałe myszy. Popatrzyłam na kocura, który leżał jak martwy. Śnieg powoli go zasypywał. Zemdlał?
Stanęłam obok niego.
- Wiedziałem! To musiało się kiedyś stać! - usłyszałam głos.
Był to Błękitna Łapa z kociakami.
- Co?! Ja... Nie zabiłam go! On żyje! - zerknęłam na dalej leżącego kota. - Chyba...
Nagle Wiewiórcza podbiegła do swojego brata i zaczęła go szturchać patykiem.
- Hmm... Oddycha. - mruknęła niewyraźnie, bo dalej trzymała gałąź.
Kociaki zaczęły gryźć ogon Wróblego.
Zaciągnęliśmy go do jaskini, potem poszłam zobaczyć kocięta Mysiej Skórki. Są urocze! Porozmawiałam trochę z kotką, która potem zmęczona zasnęła.

W nocy

Było mi zimno i nie mogłam zasnąć, a wszyscy już spali. Nagle usłyszałam cichy pisk kociąt. Szybko się podniosłam i zaczęłam rozglądać. Lis ciągnął dwa kociaki na zewnątrz. Zasyczałam i zaczęłam skakać nad śpiącymi kotami, rzuciłam się w pogoń za zwierzęciem. Drapieżnik zaczął uciekać z młodymi w pyszczku. Próbował mnie zgubić wśród drzew, ale ja tak łatwo się nie dałam.
- Zostaw je! - miauknęłam z wściekłością próbując go dogonić, ale kiedy skoczyłam, żeby go złapać za ogon, on skoczył w bok. Poleciałam prosto w śnieg. Otrzepałam się i znów zaczęłam biec za lisem, który był jeszcze dalej. Nagle zwierzę się potknęło i upadło, puszczając kociaki. Zanim zdążył się obronić, wbiłam mu pazury w kark, po czym rzuciłam nim na bok. Po chwili wstał i uciekł. Potem podbiegłam do kociaków, które nie wydawały już żadnych odgłosów. Były całe poranione i zmarznięte. Przycupnęłam przed nimi i zaczęłam delikatnie trącać je nosem, mając nadzieję, że się obudzą.
- Proszę, błagam was, nie odchodźcie maluchy! - miauczałam rozpaczliwie. - Proszę...
Jednak dalej wokół było cicho, a kocięta się nie ruszały ani trochę...
Próbowałam powstrzymać płacz, ale łza spłynęła po moim pyszczku i spadła na futerko jednego z maluchów.
Wzięłam je do pyszczka i powoli ruszyłam do jaskini. Tam już trwały poszukiwania. Wszystkie koty biegały i zaglądały we wszystkie zakamarki, próbując znaleźć maluchy. Kiedy weszłam do środka, wszyscy na mnie popatrzyli. Położyłam kociaki na ziemi i powiedziałam cichym, drżącym głosem:
- Lis je porwał... Ścigałam go i przepędziłam, ale było za późno...

Ktoś?

18 wrz 2015

Od Wróblego Płomienia

Sam już nie wiem... Oświadczać się, czy znowu ktoś mi przeszkodzi? Sam już nie wiem..WIEM. OŚWIADCZAM SIĘ! Ale najpierw - przezwyciężyć lęk!
DO BOJU!
Jak mnie zabiją, to mam nadzieję, że Mglista będzie za mną płakać...
Właśnie wchodziłem do paszczy lwa kiedy nagle przede mną, ktoś stanął.... Nie wyhamowałem i w niego walnąłem. Po chwili mój tyłek został pobity przez ziemię... I KTO MI MÓWI, ŻE NIKT MI NIE PRZESZKADZA, KIEDY CHCE COŚ ZROBIĆ?!
- Wróbli, co tutaj robisz? - Spytał o wielki ktosiek.
- Siedzę, a co? - Spytałem rozmasowując obolałe siedzenie. - A! I chciałbym zobaczyć te maluchy... Jest ich podobno dwójka, co nie?
- Jest ich... DWANAŚCIORO, TY LISI BOBKU! - Krzyknął kolejny ktosiek. Okazało się, że to Sowi razem z Czerwonym pilnują tych... Dwanaściorgu... Maluchów....
- Lisi Bobek? Ciekawa nazwa... A to inaczej nazywa się ''geniusz''? - Spytałem ciekawy. Jedynie co otrzymałem, to westchnięcia kotów. No przepraszam was bardzo, jak jestem taki genialny, to nie trzeba tak wzdychać. - Ok. Rozsunąć się. Lęk swój chcę zwalczyć. - Powiedziałem i podszedłem do Mysiej z jej potworkami.
- Lęk? Boisz się kociaków? - Spytał rozbawiony Sowi.
- Mnie śmieszy to, że jak oberwiesz po pyszczku kwiatami, to od razu kichasz. I co? Zatkało bombało? - Spytałem i zakradłem się do kociaków. Znaczy podszedłem, ale bardziej jakbym chciał zapolować na kociaki. No każdy inaczej próbuje swój lęk próbuje zniszczyć... I wiecie co? Słodkie nawet są... Jak tak się na nie patrzy... I wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że nagle jeden z nich ziewnął, że aż zobaczyłem to coś zwisające na końcu gardła. Krzyknąłem przerażony i schowałem się za Cichym, który nadal stał w wejściu. Kiedy Sowi zobaczył, że trzęsę się jak galareta, to od razu padł na ziemię i o mało co nie rozjechał Mysiej...
Biedna...
- A tak po za tym.. Czemu musisz się pozbyć tego lęku? - Spytał Czerwony. Mam już tego dość...
- BO CHCĘ SIĘ OŻENIĆ Z MGLISTĄ, MIEĆ Z NIĄ KOCIĘTA. DLATEGO! - Krzyknąłem a w jaskini zrobiło się cicho jak makiem zasiał... - No co? - Lecz nadal było cicho.... - No to... Pójdę się oświadczać... - Jak powiedziałem, tak też zrobiłem. Wziąłem że tak ''łapy za pas'', bo Sowi jak widać, chciał mnie zabić wzrokiem.... Ja nie rozumiem, o co mu chodzi? Że jestem od niego przystojniejszy, bardziej kumaty i najważniejsze - mam ogon?! Jeśli tak, to schlebia mi ta jego zazdrość. Ale wracając do oświadczyn. Jak to mówiła moje nie kumata siostra..... Komplementy, radosny wieczorek przy żabach przy świetle mojej światłości i przy tym zaręczyny... Coś mi się wydaję, że Wiewiórcza coś pokręciła... Wziąłem od siostry różę, ogon tego wilka (nadal go mam, jest tak cały wypachniały, że jak go Mglista założy, to Sowi przez najbliższy miesiąc nie będzie mógł do niej się zbliżyć, HA!), lekko przylizałem swe czupiradło na mej głowie i ruszyłem. Po jakimś czasie ją zauważyłem. Siedziała razem z moją mamą i z Ciemną. Dżis... A ja chciałem bez świadków... Podszedłem do nich i zacząłem łamiąc sobie i zęby i język.
- Przepraszam panie, czy mógłbym na chwilę porwać Mgliste Futerko na małą wycieczkę? - Wszystkie trzy zdziwione popatrzyły na mnie. Nagle ma matka ''pomogła'' moje ukochanej wstać. A raczej podniosła ją... Zdumiona Mglista dała się bez oporów poprowadzić do środka jaskini. Poszliśmy dalej niż wierzba. Znaaaaaaaacznie dalej. Kiedy już myślałem, że się zgubiliśmy, to nagle zobaczyłem cel naszej wędrówki. Wielgaaaaaaaaaaaaachne drzewo.. Chyba dąb. A pod nim.... Moje zdobycze! Wszystkie dla nas. Niestety ktoś nas wyprzedził.
- MYSZY?! - Pisnąłem przerażony. Nagle poczułem złość... Miało być cacy, a nie...! - WYPAD! Won! To prywatny lokal! Zajęte do godziny północnej! - Krzyknąłem i zacząłem gonić jedną z nich. Niestety ta uciekła, a ja walnąłem nosem o drzewo.... Ałć!

Mglita? c: xD

Od Cichej Gwiazdy

Ślub...mam partnerkę...miłość mego życia...cieszyłem się jak nigdy...nie jestem już sam.


***
(jakiś tam czas później xD)

Ostatnio bardzo dużo się działo...okazało się że...Mysia Skórka jest w ciąży...BĘDĘ OJCEM! Cudownie, wspaniale po prostu! Teraz trzeba tylko czekać...


***
(znowu jakiś czas później xDD) 

Kruczy Wiatr pokazała Mysiej Skórce jakieś źrodełko...a gdy wróciły, Mysia Skórka zaczęła rodzić. Krucza opowiedziała mi, że to źródło przyśpiesza ciążę. Cudownie...wspaniale...nie, kurde, nie jest wspaniale! Medycy wszystkich Klanów byli przy niej, była tam także Kruczy Wiatr. Czekałem przed jaskinią wraz z rodzeństwem godzinę...po tym czasie usłyszeliśmy przerażający pisk Kruczej:
- NARESZCIE SĄ! RODZĄ SIĘ KOCIAKI!
Cała nasza trójka nastroszyła sierści na ogonie i podskoczyła słysząc ten krzyk. Czarna głowa kotki wynurzyła się z pomiędzy zarośli.
 - Jest ich osiem!
- OSIEM!? - Powtórzyłem z niedowierzaniem. Po chwili kotka znów znikła w jaskini. - DZIEWIĘĆ! DZIESIĘĆ, JEDENAŚCIE...DWANAŚCIE!
- DWANAŚCIE?! - Krzyknąłem chórem z rodzeństwem. - O Gwiezdny Klanie, zostałem ojcem dwunastu kociąt!'
Nie wytrzymałem presji. Zemdlałem.

***
(Chwilę później)

- OBUDŹ SIĘ ŚPIĄCA KRÓLEWNO! - Pisnęła mi nagle do ucha Wiewiórcza Łapa.
- ŁO GWIEZDNY KLANIE, ATAKUJA!!! - Podskoczyłem z wysuniętymi pazurami.
- SPOKOJNIE, BRACIE! - Próbował mnie uspokoić Płomienny.
- Co z Mysią Skórką?! - Wykrzyknąłem przypominając sobie o ukochanej.
- Jest wykończona, odpoczywa. - Rozległ się głos Wietrznej Paproci, która akurat wyszła z jaskini.
- Mogę się z nią zobaczyć?
- Dobrze, ale nie za długo, powinna mieć teraz ciszę i spokój, wydanie na świat tylu kociaków na pewno było sporym wyzwaniem. - Uśmiechnęła się i w podskokach ruszyła po jedzenie.
Wszedłem powoli do jaskini. U boku Mysiej Skórki, stali Sowie Pióro i Czerwony Liść. Przy brzuchu kotki, już z daleka widoczne było zbiorowisko wielokolorowych futerek. Przycupnąłem obok niej podziwiając kocięta. Szara, cętkowana kotka, największa z rodzeństwa, wcisnęła się gdzieś pomiędzy łapy matki. Duży, rudawy pręgowany kocurek próbował wdrapać się na grzbiet Mysiej Skórki. Tuż obok niego, blado-brązowa kociczka z ciemniejszymi pasami, wpełzała raczej niezgrabnie na grzbiet szarego kocurka z ciemniejszymi uszami i łapami. Jedna z mniejszych kotek, popielato-brązowa cętkowana, wtuliła się w ogon rodzicielki i zasnęła ssąc łapkę. Ciemny maluch, jeden z większych, atakował z zaciętością ucho szaro-czarnej kociczki. Dwójka mniejszych kociąt, ciemno-szary, niemalże czarny pręgowany kocurek i szara, łaciata pręgowana kotka, spali obok siebie, wtuleni w brzuch matki. Kocurek który wyglądał prawie identycznie jak Mysia Skórka, próbował gryźć ogon biało-czarnej, maleńkiej koteczki. Na widok tych małych kuleczek, łzy same napływały do oczu.
- Są cudowne... - Wyszeptałem nie odrywając wzroku od maluchów. - Masz imiona?
- Jeszcze nie... - Powiedziała prawie niesłyszalnym głosem Mysia.
- Trzeba wymyślić... - Uśmiechnąłem się i polizałem partnerkę po nosie. - Świetna robota moja droga...
Już miałem wyjść, kiedy w wejściu zobaczyłem...Wróblego Płomienia...o Gwiezdny Klanie, miej nas w opiece...

Wróbelku? xD Kociaki dodam jutro xDDD


17 wrz 2015

Od Ciemnego Strumyka

Wokół nagle zrobiło się głośno. A więc pierwsza prawdziwa para w czterech klanach!
- To dobrze, że tego nie widzę...? - mruknął Jastrzębi, siadając. A więc nie spał długo.
- Dzieje się dosyć dużo... Ale chyba najlepiej będzie, jak zamilkniesz. Chcę wiedzieć, czy coś jeszcze powiedzą. - powiedziałam.
Okazało się, że idziemy na wspólne polowanie. Aż zaczęłam współczuć naszym ofiarom... Teraz musimy się postarać, by przetrwać długą Porę Nagich Drzew. Kiedy znalazłam się na zewnątrz, od razu poczułam, jak marzną mi łapy. Trzeba się przyzwyczaić. Zaczęłam szukać celu polowania. Wreszcie poczułam mysz. Zwierzątko nie zdążyło się ukryć i szybko je złapałam. Później upolowałam jeszcze jedną. Wróciłam do jaskini i położyłam zdobycz na całkiem dużym już stosie. Wszyscy muszą wrócić, żebyśmy zaczęli jeść. Usiadłam i zaczęłam lizać łapy. Zrobiło mi się cieplej. Nagle zobaczyłam Mglistą, która pędziła jak szalona w moim kierunku, po czym schowała się za mną. Nic nie powiedziała.
- Mgliste Futerko, co ty robisz? - zapytałam.
- A tak... Wiesz, jeśli Wróbli Płomień mi się oświadczy, chyba wskoczę do zamarzniętego jeziora. - szepnęła.
- Ale wiesz, że kiedyś będziesz musiała wyjść z ukrycia?
- Po co?
Na to nie potrafiłam odpowiedzieć.

Ktoś? Co dalej? xD

Od Złocistej Gwiazdy

- JA BĘDĘ KSIĘDZEM! KONIEC I KROPA! - Wykrzyczałam już całkiem zmęczona. Płomienny chciał coś jeszcze dodać, ale nie dane było mu to powiedzieć, gdyż Sowie Pióro przerwał naszą ''rozmowę''.
- Wybraliśmy już odpowiednie miejsce. Zaprowadzę was tam. - I już po chwili weszliśmy w głąb jaskini. Nagle przed nami zobaczyliśmy wielką, starą wierzbę.
- Moje klimaty... - Mruknęłam zadowolona.... - Teraz tylko trochę przystroić i będzie gotowe. - Powiedziałam.
- Kwiaty będą odpowiednie!- Krzyknęła rozradowana Kruczy Wiatr. - Tak dookoła tego wszystkiego.... Będzie CUDOWNIE! - Krzyknęła do ucha brata. Biedaczysko... Po chwili zebraliśmy się do roboty. Zaczęliśmy sypać te kwiaty, ja sprawdziłam co z kocicami i z Panną Młodą. Kiedy już wróciłam wszystko było gotowe.
- Ładnie tu.... Dobra robota. - Powiedziałam do zmęczonych kotów. Nagle Sowi zaczął przeraźliwe kichać.
- A jemu to co znowu? - Spytałam, kiedy zobaczyłam jak Sowi prawie walną w wierzbę od tego kichania. Wszyscy popatrzyli na Płomiennego. - Nie było pytania... - Mruknęłam.
- Jak widzę już wszystko jest gotowe. - Powiedział ktoś za mną. Od razu rozpoznałam w nim głos Cichego.
- Tak. Panna Młoda też gotowa... Ulala.... Jak widzę ty też na wysokim poziomie. - Powiedziałam, kiedy zobaczyłam przystrojonego brata. Tylko jakim cudem mają ten ogon bez reszty lisa.... Wróbli pewnie swoją taktykę wykorzystał i biedne zwierze ogona pozbawił.... Dobra. Wystarczy tego. - Płomienny! Ty wzywasz matki z kociakami, ja biegnę po Pannę Młodą. - Powiedziałam i już po chwili mnie nie było. Nagle zobaczyłam jak Mysia Skórka razem z kocicami poprawiają ostatnie szczegóły. Podeszłam do nich i powiadomiłam ich o rozpoczęciu ceremonii.
- Już czas Mysia Skórko... Chodźcie... - I tak wszystkie razem poszłyśmy. Wyprzedziłam kotki, żeby sprawdzić, czy wszystko jest już gotowe. Na całe szczęście było gotowe.... No... Oprócz kichającego Sowiego.... Może poproszę, żeby zaczął w rytmie kichać? No wiecie... Kich, kich, KICH KICH.... Lepiej nie... Usiadłam na miejscu przeznaczonym dla.. Ta dam! Tak! Dla księdzo - kota! Po paru sekundach zaczęliśmy ceremonię. Wiewiórcza z taką dokładnością rozsypywała te kwiaty, że aż niezły stosik rzuciła na Sowiego. Ten zaczął jeszcze bardziej kichać... I zaczął kichać.... W RYTMIE! To dopiero ceremonia... Koty popatrzyły zdziwione na Medyka Klany Świtu, lecz nic nie zrobiły, żeby go powstrzymać. Nagle Błękitny zaczął wystukiwać rytm na wierzbie. Ceremonia coraz ciekawsza... Nagle... O mało zawału nie dostałam, gdy zobaczyłam jak jak maluchy zaczynają gryźć Wróblego w ogon. Ten zaczął piszczeć... TEŻ W RYTMIE! Dobra... Przynajmniej będzie co wspominać po tym wszystkim..... WRESZCIE Panna Młoda doszła do końca. Sowi zaczął już normalnie kichać, Błękitny usiadł obok Wiewiórczej.. Tylko.. Wróbli jeszcze piszczał... Zdeterminowana Wiewiórcza wsadziła resztkę kwiatów w jego otwarty pyszczek... Wreszcie cisza... Mysia Skórka usiadła obok Cichej Gwiazdy, a ja zaczęłam.
- Zebraliśmy się tutaj, by połączyć tego kocura i tą kotkę węzłem małżeńskim. - Wzięłam głęboki oddech, myśląc od czego by tu zacząć, na pierwszy ogień idą pytania. - Czy ty, Cicha Gwiazdo bierzesz Mysią Skórkę za partnerkę?
- Biorę. - Powiedział patrząc swojej ukochanej w oczy. Gdzieś z boku usłyszałam pisk radosnej Wiewiórczej.
- A czy ty, Mysia Skórko bierzesz Cichą Gwiazdę za partnera?
- Biorę. - Powiedziała drżącym głosem. Z oddali usłyszałam znowu pisk Wiewiórczej...
- Teraz przysięga. - Powiedziałam. - Czy przysięgacie wierność do końca dni? Czy to dzień, czy noc. Czy niepogoda czy choroba? - Spytałam improwizując.  A mogłam Wróblego jako księdza dać... Koty popatrzyły sobie w oczy.
- Przysięgam. - Powiedział kocur.
- Przysięgam. - Powiedziała już śmielej Mysia. Nagle znowu Wiewiórcza pisnęła. Po chwili zobaczyłam jak Jastrzębi pada na ziemię.
- Żyje? - Spytał ktoś z tłumu.
- Żyje. Zemdlał. - Powiedziała Ciemna i popatrzyła karcącym wzrokiem na Wiewiórczą. Nie zważając na tą scenkę mówiłam dalej.
 - Na mocy danej mi przez nie wiadomo kogo... - I tu się zacięłam.... - Ogłaszam was...... MĘŻEM I ŻONĄ! - Krzyknęłam tym razem ogłuszając pisk Wiewiórczej. - Możecie się... Pocałować? - Spytałam. Nowożeńcy dotknęli się nosami, a koty zaczęły piszczeć, klaskać, mlaskać... Słowem wszystko na owację nowej pary.

Nowa para? Ktoś? c: xD

Od Mysiej Skórki

******

- Myszko, cudownie wyglądasz! - Zachwycała się Wiewiórcza Łapa. 
- Mówisz? 
- Wyglądasz pięknie! - Powtórzyła prawie piskiem. - Założę się, że gdyby mój brat cię zobaczył...
- To i tak ślinił by się do Mglistej.
- Uhrm...?
- Właśnie to robi. - Wskazałam łapą na rudego kota który właśnie wchodził do jaskini ze świeżo upolowanym zającem i błękitną różą w pyszczku. Podszedł do Mglistego Futerka, ale zaraz potem spojrzał na mnie. Wiewiórcza Łapa natychmiast mnie zasłoniła.
- W-WRÓBLI! WYPAD STĄD! NIE WIESZ ŻE KOCUROM NIE WOLNO WIDZIEĆ PANNY MŁODEJ PRZED ŚLUBEM!? - Wrzasnęła na brata.
- Ło jeju...ja nie wiedzieć...w takim razie potem się oświadczę...  - W tym momencie zatkał sobie pysk łapami i uciekł.
- Oświadczyć...MI!? - Krzyknęła "szeptem" Mglista.
- Współczuje ci Mgliste Futerko.
- Nie no, Mysia Skórko, wyglądasz obłędnie! - Wykrzyknęła Wiewiórcza olewając załamaną Mglistą.
Przejrzałam się w strumyku. Moje blade futerko zakrywał dywan z białych płatków róż. Na czole piękny welon zrobiony z wianka, który został upleciony z wielu pięknych kwiatów.
- Miauuu... - Pomachałam swoją kitą na prawo i lewo. Wszystkie kotki zaśmiały się pod nosem.
- Jesteś po prostu piękna! 
- Wyglądasz cudownie!
- Wszystkie kocury będą umierać na twój widok!
- Już spokojnie dziewczyny, nie przesadzajmy, to tylko suknia! - Wybuchłam w końcu śmiechem.

*******

Dobra...spokojnie...wdech, i wydech...jestem już przed ołtarzem, wszyscy się na mnie patrzą...to już ta chwila, to już ta chwila...naszą salą była ogromna jaskinia, wewnątrz której rosła gigantyczna stara wierzba, w okół wszędzie były cudowne kwiaty. Szłam wolno i z gracją przez dywan kwiatów, przede mną szła moja mała druhna (Wjewjur .3.) rozrzucając płatki kwiatów na wszystkie strony. Wtedy go ujrzałam...futro czarne niczym skrzydło kruka z metalicznym połyskiem, w tym świetle wydawało się być granatowe. Na szyi lśniący ogon białego lisa...wyglądał tak pięknie...usiadłam u jego boku. Popatrzyliśmy sobie w oczy, a potem czekaliśmy aż Złocista rozpocznie ceremonie.


Ktosiełki? .3.

15 wrz 2015

Od Złocistej Gwiazdy

- No to może.... - Zaczęłam nie pewnie. - Urządzimy ten ślub w końcu? Nie gonią nas jelenie, nie atakują borsuki ani nic takiego...
- Czekaj.. Ślub! Już?! - Spytał Kruczy Wiatr. - Gratulacje!
- Co?! - Spytałam jednocześnie z Ciernistym. Trzeba to odkręcić za wszelką cenę! - Stop! To nie o nas chodzi.... Chodzi mi o Cichą Gwiazdę i Mysie Futerko.
- Oooo... - Westchnęła teatralnie Krucza. - No cóż. Na razie zajmiemy się ślubem twojego brata, a potem waszym! - Powiedziała. Ciernistemu chyba się to nie podobało... A mi wręcz przeciwnie!
- Ok. Zaczniemy od jakiegoś miejsca..... Krucza i Ciernisty - wy pokażecie Czerwonemu Liściowi i Sowiemu Piórze, jakie miejsce by się do tego nadawało. Ja i Płomienny zajmiemy się ustalaniem jak to na oko ma wyglądać. Reszta kotek, oprócz matek z kociakami - zajmą się wyglądem Panny Młodej, a reszta kocurów zajmie się wyglądem Pana Młodego. Są pytania? - Spytałam patrząc na koty. Na nieszczęście Wróbli podniósł łapę. - Eh... - Westchnęłam. - Tak Wróbli?
- Można wszystko jeszcze raz powtórzyć?
- Wróbli.... - Wiewiórcza Łapa łapami złapała się za głowę nie mogąc już słuchać swojego brata.
- Rób po prostu to, co Jastrzębi i reszta kocurów... -  Mruknęłam. Już z nim nie walczę... - Ok. Zatem do roboty!
Wszystkie koty zaczęły się rozchodzić. Zostałam tylko ja i Płomienny...
- Więc.... - Zaczęłam. - Wiewiórcza chce być Druhną, ale ja uważam, że to akurat to wybierze Cichy z Mysią. Potrzebujemy kogoś na miejsce... Jak to ludzie nazywają... Ksiądz? Chyba tak...
- Może... Wróbli Płomień? - Spytał. Ja za to zakrztusiłam się nie wiadomo czym ze zdziwienia. Jeszcze tego by brakowało!
- Raczej... Nie. Wolałabym, żeby to ja lub ty zajęli to miejsce. - Mruknęła wyrównując oddech.
- Ale wiesz... Byłoby zabawnie.
- ON TU JEST PRZYWÓDCĄ, CZY MY?! - I tak nasza rozmowa będzie wyglądać....

Ktoś? Z kocurów, medyków, kotek? c: .3.

14 wrz 2015

Od Płomiennej Gwiazdy

Później nie mieliśmy czasu na dalsze rozmowy. Trzeba było jakoś przedostać się na drugą stronę. Mysia stanęła na Cichym po czym wdrapała się na drugą stronę, najwyraźniej obolała. Potem pomogła wejść następnym kotom i tak wszyscy dostali się tam, gdzie mieliśmy być. Medycy pomogli Mysiej Skórce i mogliśmy wędrować dalej. Bardzo wiało. Co chwilę uderzały we mnie jakieś liście. Teren robił się coraz bardziej podobny do gór. Było ciężej. Często szliśmy w górę. Jastrzębi szedł prawie przodem, bo jeśli będzie jakieś niebezpieczeństwo, on wyczuje je pierwszy. Chyba wszyscy zauważyli, że kiedy wchodziliśmy coraz wyżej, trawy było mniej, ziemia stawała się sucha... Dalej jednak było zimno.
- Nie czuję łap. - marudził Błękitna Łapa, prawie włócząc się po ziemi. Wreszcie byliśmy na szczycie jednej z mniejszych gór. Daleko widać było już śnieg... Dużo, bardzo dużo śniegu. Ale przed nami... Dolina Niepokonanych. Trzeba będzie tam zejść, jest stromo. Przez całą dolinę ciągnął się krater, wielki i głęboki, wokół ani śladu życia, oprócz kolczastych krzaków. Pewnie nie wszyscy przetrwają...
Zaczęliśmy schodzić, miejscami się zsuwać. Po jakimś czasie niebezpiecznej wędrówki stanąłem na chłodnej, twardej ziemi w Dolinie Niepokonanych. Koty zaczęły zaniepokojone cicho rozmawiać.
- Nie podoba mi się to miejsce. - mruknął Jastrzębi, nasłuchując. Jednak wokół, oprócz naszych rozmów, panowała całkowita cisza. Żadnych zwierząt, tylko... Krążące nad nami wielkie ptaki. Zaczęliśmy iść dalej. Poczułem głód. Moje łapy bolały, ta złamana jeszcze bardziej, czułem się słabo. Chciałem już zakończyć podróż. W tej chwili. Ale nie mogłem. Każdy krok był męczarnią, czułem, że zaraz padnę. Nie było jedzenia ani picia. Zapadła całkowita cisza. Już niedaleko. Jednak to nie oznacza końca niebezpieczeństw. To, co wam pomagało, teraz przeszkodzi... Usłyszałem Kruczy Wiatr. Na początku nie zwracałem na to uwagi. Ale nagle... Zobaczyłem jak wielki ptak leci prosto na Kwarcka. Nagle jakiś kot skoczył w tamtym kierunku... Jastrzębi! Stanął nad kociakiem i zasłonił go własnym ciałem. Wielki ptak złapał go na moment za grzbiet wbijając pazury, ale po chwili zrezygnował i odleciał, puszczając wojownika, który po chwili przewrócił się na bok.
- Aaaah! Zdrada w rodzinie! Jastrząb chciał mnie zabić! - jęknął. Kwarcek, całkowicie zdezorientowany, patrzył raz na wojownika, raz na wszystkie inne koty. Jastrzębi leżał z pyszczkiem w ziemi, prawie jak martwy, ale co chwilę coś mruczał pod nosem. Jego grzbiet krwawił.
- Jastrzębi, czemu to ty zawsze pakujesz się w kłopoty? - miauknęła Ciemny Strumyk, podbiegając do niego. Sowie Pióro też tam podszedł i zaczął przyglądać się ranom wojownika.
- Ciemna... - mówił Jastrzębi, odwrócił się. - Widzę światło...
- To pewnie słońce, Mysi Móżdżku. - zaśmiała się zastępczyni.
Niektórzy zaczęli już iść dalej, ale ja wykorzystałem ten atak wielkiego ptaka i usiadłem.
- Bardzo śmieszne... - mruknął.
- Nie umrzesz. - powiedział Sowie Pióro. - Ale nie ma tutaj nic, czym można opatrzyć ranę. Musisz iść tak.
- Muszę?
- Nie. Możemy cię tutaj zostawić. - odezwała się Ciemny Strumyk.

Wojownik jednak postanowił iść z nami. Martwiłem się o niego, bo nie wyglądał na jakoś specjalnie silnego z krwawiącym grzbietem. Nie przeszliśmy nawet połowy Doliny Niepokonanych. Nagle Jastrzębi zaczął węszyć i nasłuchiwać. Wszyscy, którzy akurat szli niedaleko kocura, popatrzyli na niego. Przez chwilę jeszcze milczał.
- Nadlatują... - powiedział.
Popatrzyłem w górę, a tuż nad nami przeleciał kolejny ptak. Większy od tego poprzedniego. Poleciał dalej. Miałem nadzieję, że odleci, ale po chwili znów zaczął lecieć w naszą stronę. Był tuż przed nami i wtedy... Wróbli go złapał. Ptak zwolnił, ale zaczął lecieć w górę, razem z wojownikiem.
- Mogę wiedzieć co się dzieje? - zapytał Jastrzębi.
- Nie. - mruknął Sowi, patrząc na wszystko ze zdziwieniem.
- Wiśtawio Sójko jedna! - krzyknął Wróbli.
Ptak zaczął lecieć coraz bliżej ziemi, a w końcu wojownik się puścił i wreszcie spadł na ziemię... A dokładniej do kolczastych krzaków. Ptak zrezygnował i poleciał, tak jak ten poprzedni. Nie było widać Wróblego.
- Czemu jest tak dziwnie spokojnie? - szepnąłem.
Sowi wyglądał, jakby się uśmiechał... Albo właśnie tak robił. Zdążyłem zauważyć, że nie przepada za tym wojownikiem. Nagle ponad krzakami pojawiła się głowa Wróblego.
- A miałem nadzieję... - mruknął medyk.
Nic nie stało się Wróblemu. Oprócz tego, że był cały w kolcach... Poszliśmy dalej.

Robiło się już ciemno. Wszyscy byli głodni i zmęczeni, niektórzy ranni. Musieliśmy odpocząć. Wokół był już śnieg i to od jakiegoś czasu.
- Jestem taki głodny... Chyba umieram... - mówił któryś z kociaków.
- Zjemy potem... - odpowiedziała jego matka. - Dasz radę, jesteś silny.
Zatrzymaliśmy się. Trzeba będzie spać w śniegu. No cóż.
Położyłem się i zasnąłem.

Płomienna Gwiazdo! Już naprawdę niedaleko!
Otworzyłem oczy. Przede mną stała uśmiechnięta Kruczy Wiatr. Nagle za mną stanął Ciernista Dusza.
- Wiesz, że z wielką chęcią bym cię zabił za to pozdrowienie do twojej siostry? - warknął.
- Nie strasz go! - syknęła kotka.
Powoli wstałem.
- Którędy teraz mamy iść? - zapytałem.
- Tam, gdzie jest najmniej drzew. - odpowiedziała.
Ciekawe, czy będę wiedział, gdzie to jest. Wokół wszystko raczej wygląda tak samo.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszymy, że idziecie! - mówiła Kruczy Wiatr.
- Ja się cieszę, że nam pomogliście. - odpowiedziałem.
Popatrzyła na mnie, jakby nie wiedziała, o co chodzi.
- Wiesz... Zaprosiliście nas i w ogóle... - uśmiechnąłem się lekko.
- Oh, nie ma za co!
- A więc powodzenia. - powiedział Ciernista Dusza.

Obudziłem się. Od razu zacząłem szukać wzrokiem miejsca, gdzie najmniej drzew. Dziwne, bo takie znalazłem. Był poranek i wszyscy po chwili już się obudzili. Poszliśmy dalej. Po jakimś czasie zobaczyliśmy dużą, zaśnieżoną jaskinię.
- To już... Koniec? - uśmiechnął się Jastrzębi. - Ciemna, przeżyłem!
Był taki szczęśliwy, że już myślałem, że za chwilę zacznie tańczyć, ale na szczęście tak się nie stało. Nagle na mnie spadła duża ilość śniegu.
- Co... - popatrzyłem w górę. Na gałęzi nade mną siedziała Kruczy Wiatr. Wyglądała tak samo jak w śnie. Uśmiechnięta. Zeskoczyła na ziemię tuż przede mną.
- Jesteście! Dobrze cię widzieć nie w śnie! Duuużo tu kotów! - powiedziała.
Nagle obok mnie jakby znikąd pojawiła się Złocista.
- To ty! Cześć! Wiesz co? Mój brat na ciebie czekał!
- Nieprawda... - usłyszałem prychnięcie i nagle zza drzew wyszedł Ciernista Dusza. Popatrzył na wszystkie koty, mrużąc oczy.
- Zabijesz mnie, mam rację? - jęknąłem.
- Jeśli będę miał ochotę. - mruknął.
Cichy do mnie podszedł.
- Zapraszam do jaskini! - uśmiechnęła się Kruczy Wiatr. Wszyscy spokojnie zmieścili się do środka. Było tam małe jeziorko i bardzo dużo jedzenia. Mogliśmy się najeść.
- Ktoś czegoś jeszcze potrzebuje? - zapytał Ciernisty.
- Tak... - odezwał się Jastrzębi.
Krucza do niego podeszła.
- Czego potrzeba?
- Bo wiesz, ja... Tak jakby trochę umieram. Pomożesz?
- Jasne. - odpowiedziała łagodnie kotka. - Ale chodźmy na zewnątrz, żeby koty nie musiały słuchać twoich krzyków bólu, kiedy będę cię opatrywać. Brat, chodź z nami. Weź wszystkie potrzebne zioła.
Jastrzębi stał nieruchomo.
- No dalej, chodź. - mruknął Ciernisty.
- Oni mnie zamordują... - szepnął wojownik. - Przeżyłem podróż, to zginę teraz. Świetnie po prostu.
Jednak poszedł. Jego rany były dosyć poważne, więc faktycznie może go BARDZO boleć opatrywanie. Panowała cisza, a po chwili wrócił opatrzony. Usiadł obok nas nic nie mówiąc.
- Bolało gorzej, niż cokolwiek, co czułem w życiu... - szepnął.
- Ciesz się, że żyjesz. - powiedział Ciernisty.
- A więc... Jesteśmy. Co teraz? - zapytałem, patrząc na rodzeństwo.

Wy? xD

Od Cichej Gwiazdy

Słysząc to wszystko, aż zasłoniłem jeszcze ledwo przytomną Mysią Skórkę.
- Ślub? Wesele?! JESZCZE MI POWIEDZCIE ŻE WIECZÓR KAWALERSKI I WIECZÓR PANIEŃSKI!
- Taki mieliśmy plan...
- No dobrze. Niech będzie. - Uśmiechnąłem się patrząc na moją siostrę.
- Serio?
- No. Serio serio.


Ktośki? WENA, POSZŁA, SIĘ PAŚĆ .3.

Od Złocistej Gwiazdy

Piękny to jest widok... Chwila wróć... Ze stanu cywilnego są znani jako singiele więc....
- Bracie. - Szepnęłam do ucha Płomiennego. - Urządźmy wesele.
- Nasze?! - Spytał trochę za głośno Płomienny.
- Nie Mysi Móżdżku. Cichego i Mysiej. - Mruknęłam. Na nieszczęście Wiewiórcza z Błękitnym usłyszeli naszą ''cichą'' rozmowę.
- Będzie wesele?! - Krzyknęła Wiewiórcza w zdumieniu i zachwycie. Reszta kotów to usłyszała, razem z ''Piękną i Bestią'' niestety..... - A mogę być druhną? - Spytała z wielkimi oczami.
- Jakim weselem? - Spytał zdziwiony Wróbli.
- CICHEJ GWIAZDY I MYSIEJ SKÓRKI! - Krzyknęła rozradowana Wiewiórcza. Cichy spojrzał na Mysią, Mysia na Cichego.... I po dyskrecji...
- Tak.... - Zaczęłam. - Ekhym... To... Był mój pomysł.... - Mruknęłam. - Co byście powiedzieli, że po oczyszczeniu ran Panny Młodej i po wybraniu odpowiedniego miejsca urządzić wam takie wesele?
- JA BĘDĘ DRUHNĄ! - Krzyknęła Wiewiórcza stając na głowie brata. Wszyscy nagle zaczęli przekrzykiwać się kto będzie kim.
- CISZA! - Krzyknęłam. - WSZYSTKIE POMYSŁY ZWIĄZANE Z WESELEM DO MNIE I PŁOMIENNEGO!
- Czemu do mnie? - Spytał zdumiony kocur.
- BO TAK! ALE NAJPIERW, CZY CHCECIE W OGÓLE TEN ŚLUB?! - Spytałam już całkiem wytrącona z równowagi.

Cichy? Mysia? xD c:

Od Cichej Gwiazdy

Jelenie przebiegły, opadł kurz...z trudem wykrztusiłem resztki piachu i zacząłem wzrokiem szukać Mysiej Skórki. Leżała tam, w tym rowie...
- NIE! - Upiorny krzyk przeszył powietrze odbijając się od skał kanionu. Nie miałem pojęcia, skąd dobiegał, lecz po chwili zdałem sobie sprawę, że mój własny pysk jest otwarty. Zbiegłem po złamanym konarze drzewa by wszystko lepiej widzieć. Nie ruszała się, oczy miała zamknięte...jej płowe futro splamione było krwią, piachem i sierścią jeleni. Zacisnąłem z trzaskiem szczęki i skoczyłem w jej stronę. Ugiąłem łapy pod ciężarem grubego futra upadając obok kotki i liżąc po mordce.
- Mysia Skórko! Obudź się! Jelenie już odbiegły, jesteś bezpieczna! - Lecz jej małe szczupłe ciało skręcało się wiotko pod moim językiem, a powieki nie otworzyły się nawet o cal. - Proszę...obudź się...
Przycupnąłem obok niej. Położyłem głowę na jej barkach. Srebrne łzy zaczęły lać się strużką i opadać na blade futro wojowniczki.
- N-n-nie możesz t-t-teraz o-odejść... - Wyjąkałem szlochając. - N-nie m-możesz mnie t-tak po-po prostu z-z-zostawić...
Przytuliłem się do jej nieruchomego ciała...była taka zimna...
- NIEEEE!!! - Wykrzyknąłem unosząc głowę. Łzy utworzyły pod moimi łapami wilgotną kałużę. Po chwili znów wtuliłem się w futro Mysiej Skórki. - Moja najdroższa wojowniczko...kocham cię z całego serca...
Polizałem ją między uszami...dotknąłem jej nosa moim, ostatni raz dzieląc języki. Usiadłem i spojrzałem w dół, na ciało ukochanej. Otarłem łapą łzy, lecz oczy wciąż szkliły mi się z rozpaczy. Uniosłem głowę i wydałem z siebie niskie, pełne żalu miauknięcie. Po chwili reszta kotów przyłączyła się do opłakiwania zmarłej wojowniczki.
Nagle jednak wszyscy nastawili uszu, słysząc jak ktoś bierze głęboki oddech, brzmiało to tak, jakby któreś z nas właśnie wystawiło łeb z pod powierzchni wody. Otworzyłem oczy patrząc na Mysią Skórkę. Jej klatka piersiowa co chwilę podnosiła się i opadała.
- MYSIA SKÓRKO! - Rzuciłem się jej od razu na szyje. - MYŚLAŁEM, ŻE CIĘ STRACIŁEM!
- Nie opuszczę cię nigdy, mój drogi... - Odpowiedziała jeszcze lekko zdezorientowana.
Spojrzałem na resztę kotów. Wszyscy patrzyli na to dość zaskoczeni, jednak w oczach wielu z nich, dostrzegłem jakby radość...patrząc na uśmiechnięte Klany, ja także się uśmiechnąłem.


Ktosiełki? .3.

13 wrz 2015

Od Płomiennej Gwiazdy

Niedaleko przed nami był strumyk. Napiliśmy się chyba wszyscy. Potem poszliśmy dalej. Znów popatrzyłem na niebo. Jakiś wielki ptak leciał właśnie tam, gdzie idziemy. To dobrze. Jak narazie nie widać było żadnych niebezpieczeństw. Niestety zdawałem sobie sprawę z tego, że jeszcze tego dnia trzeba będzie upolować bardzo dużo jedzenia, żeby każdy coś zjadł. To może być trudne. Wokół było coraz więcej drzew. Przed nami nagle jakby znikąd znalazło się dziwne wgłębienie w ziemi, jakby kiedyś płynęła tam jakaś ogromna i dosyć głęboka rzeka. Wszyscy zatrzymali się tuż przed ''przepaścią''.
- Mamy skoczyć? - zapytał Błękitna Łapa.
- Nie radzę. - odpowiedziała Wiewiórcza Łapa, patrząc w dół. - To mogłoby się skończyć źle. Nie jest tu bardzo wysoko, ale raczej nie wdrapałbyś się tutaj.
Nagle usłyszałem odgłos łamanego drzewa i huk. Wszyscy tam popatrzyli. Ciemna stała z otwartym pyszczkiem i patrzyła na Jastrzębiego, który trzymał się za łebek. Zwalił jedno z malutkich drzew, jednak ono wystarczyło, by być czymś, po czym można przejść.
- Co on zrobił? - zapytałem zastępczynię.
Ona chyba nie wiedziała czy być przerażona, czy się śmiać.
- Wziął rozbieg i wbiegł w to drzewo. - zaśmiała się.
Uśmiechnąłem się i popatrzyłem na kocura.
- Ał... Warto było... - mówił.
- Lepiej na niego teraz uważaj. Nie zdziwię się, jak zaśnie idąc. - mruknąłem do kotki.
Wszyscy zebrali się przed zwalonym drzewem.
- Nie wiem, czy to bezpieczne... - powiedziała Wietrzna Paproć.
- Trzeba będzie sprawdzić! - Mysia Skórka stanęła na drzewie przednimi łapkami, gotowa iść dalej.
- A może lepiej to ja sprawdzę? - podbiegł do niej Cicha Gwiazda.
- Nie, dam radę. Nie martw się. - odpowiedziała.
Zaczęła iść i wszyscy przestali mówić, patrząc na to wszystko. Nagle zauważyłem, że kamienie na dole zagłębienia podskakują, a ziemia drży. W oddali zobaczyłem wielkie zwierzęta... Jelenie!
- Mysia Skórko, wracaj! - krzyknąłem. - Jelenie tu biegną.
Kotka zatrzymała się i popatrzyła do tyłu. Odwróciła się i zaczęła wracać, ale drzewo także zaczęło drżeć i było jej trudniej. Co chwilę spadała jej łapa, ale wojowniczka szybko wdrapywała się z powrotem. Zwierzęta były już bardzo blisko. Za chwilę tędy przebiegną, a wtedy na pewno któryś uderzy w drzewo rogami, a ono albo się złamie, albo spadnie. Pierwszy jeleń przebiegł, ale nic się nie stało. Wszyscy patrzyli w napięciu na to, co się dzieje. Nie mogliśmy nic zrobić. Przebiegł drugi roślinożerca i stało się to, czego wszyscy się obawiali... Drzewo się złamało a Mysia Skórka spadła na dół. Zniknęła gdzieś wśród pędzących jeleni. Po chwili te przebiegły. Kotka leżała nieruchomo.


Ktoś?

Od Złocistej Gwiazdy

LIS?! Sama wydrapię mu oczy, skoro zagradza nam drogę. Lub w najgorszym wypadku poświęcimy Zamglonego. Jest jeszcze jeńcem, nie członkiem Klanu. Wolno mi.
- Czekaj... To właśnie tędy mamy iść, tak?
- Tak... - Mruknął Płomienny.
- SOWI! WRÓBLI, MGLISTA ORAZ OBAJ TERMINATORZY ZA MNĄ! RESZTA IDZIE ZA PŁOMIENNYM DO TEJ JASKINI! - Dawałam rozkazy kotom. Kiedy koty zaczęły iść do środka, Sowi spytał.
- Co mamy robić?
- To, co my umiemy najlepiej. - Powiedziałam z diabolicznym uśmiechem na pyszczku. Skręciłam lekko w prawo i po chwili można było zauważyć, małą dróżkę, która prowadziła w tą samą stronę co jaskinia. Tylko, że bardziej w górę... Zaczęłam się wspinać. Z tyłu usłyszałam marudzenie Wróblego.
- Czemu... My... Nie.. Latamy....
- Bo nie mamy tej części ciała zwaną skrzydłami. - Powiedziałam słodkim głosikiem. - A TERAZ MARSZ! - Po jakimś  czasie byliśmy już na samej górze. Okazało się że jesteśmy tuż pod walką między lisem, a kotami. - Wiecie co robić?
- Eee... Nie? - Spytała Wiewiórcza Łapa. Westchnęłam i pokazałam łapą na stertę kamieni. Reszta od razu załapała o co chodzi.
- Uwaga! - Krzyknął Sowi i rzucił w lisa kamieniem. Koty na dole zdziwione spojrzały w górę i kiedy nas zobaczyły, to lekko się oddaliły od lisa. Jedynie Cicha Gwiazda nie zważając na latające kamienie, walczył najbliżej lisa. Nagle Wróbli przez przypadek pośliznął się i spadł ze skarpy prosto na lisa. Cichy nie zwlekając wbił w lisa swoje pazury, a Sowi z Mglistą zrzucili największy kamień prosto na głowę lisa. Game over.
- Brawo! A teraz, RUSZAMY DALEJ! RUCHY, RUCHY, RUCHY! - Wykrzyczałam rozradowana i skoczyłam ze skarpy. Po chwili znowu ruszyliśmy. Przez to, że wiał wiatr, ledwie trzymaliśmy się na własnych nogach. Ale ja wszystko zrobię dla Ciernistej Duszy! WSZYSTKO! Zabiję borsuki, przeniosę góry, a nawet postaram się nauczyć Wróblego Płomienia dobrych manier, bo właśnie teraz próbuje zjeść lisi ogon. Czułam się jak na skrzydłach, których nie mam....

Ktoś? c: xD

Od Płomiennej Gwiazdy

Jakby powódź nie wystarczyła...
- Świetnie... - mruknąłem.
Przypomniałem sobie o pytaniu siostry.
- Ja też miałem dziwny sen. - powiedziałem. - Jak to było... O! Przed wami długa droga. Idźcie tam, gdzie lecą wielkie ptaki. Te drapieżniki uratują wam życia... Tak to jakoś było. Później spotkałem Ciernistą Duszę i Kruczy Wiatr, do których idziemy. Tą drugą spotykałem w snach już wcześniej. Złocista Gwiazdo... Ciernista Dusza cię pozdrawia!
Musiałem to powiedzieć. Ciernista Dusza mnie zamorduje. No cóż.
- Dzisiaj jest już w porządku, tylko trochę mi słabo. - usłyszałem Jastrzębiego.
- A mnie boli głowa. - burknął Sowi.
- Przestańcie marudzić! - syknęła Srebrne Serce, najwyraźniej obudzona przez nich.
- Dobrze, że się obudziłaś, bo znów musimy iść dalej. - mruknął medyk.
Nie słuchałem dalej tej rozmowy, czy tam kłótni. Rozpoczyna się nowy dzień. Mamy iść tam, gdzie lecą wielkie ptaki. Popatrzyłem na niebo, ale nic takiego nie widziałem... Może pojawią się później? Koty powoli zaczęły się budzić, więc kiedy było już całkiem jasno, mogliśmy zacząć wędrówkę... Ale gdzie iść? Znów popatrzyłem  na niebo. Tak! Dwa wielkie ptaki leciały w stronę... Wielu, naprawdę, ale to naprawdę wielu kamieni. Po chwili przyglądania się im zorientowałem się, że to jakieś niezbyt duże, ale jednak, góry. Jedynym przejściem najwyraźniej była jaskinia. Wyruszyliśmy, nie możemy tracić czasu.

Kiedy znaleźliśmy się pod jaskinią, zauważyłem, że jest ogromna i dosyć ciemna. To może być niebezpieczne.
- Czekajcie. - powiedziałem. - Ja pójdę tam pierwszy. Zobaczę czy to bezpieczne.
- Oszalałeś? - syknął Jastrzębi.
- Bardzo możliwe. Ale gdy pójdziemy tam wszyscy, a okaże się tą złą drogą... Nigdzie nie dojdziemy. A jak wejdę tam sam... Przynajmniej, gdy się nie uda, zginę tylko ja. - odpowiedziałem. - I wiecie co? Lepiej usiądźcie, bo ze złamaną łapą biegać tam nie będę.
Powoli zacząłem iść do przodu. Kiedy znalazłem się w środku, popatrzyłem na koty z tyłu. Westchnąłem cicho i popatrzyłem w głąb jaskini.
- Widzę... Nic. - powiedziałem.
- Witaj w klubie. - mruknął Jastrzębi.
Było tam chłodno i mokro. Wydawało mi się, że zaraz w coś wejdę. Co chwilę stawałem na ostrych kamieniach. Drżałem z zimna. Nagle wszedłem prosto w kamień.
- Aaaah! - wrzasnąłem.
Może i nie bolało bardzo, ale jednak.
- Co się stało? - krzyknęła Złocista Gwiazda.
- A... Już... Już nieważne! - wskoczyłem na ten kamień. Zacząłem iść coraz wyżej, co chwilę musiałem wskakiwać coraz wyżej. Zobaczyłem w oddali światło.
- E-ej! - krzyknąłem.
- Co?
- Światło widzę!
- CO?!
- WIDZĘ ŚWIATŁO!
- Płomienny, nie teraz! Umrzesz sobie potem!
- Ta... Dzięki!
Zacząłem tam iść. Po drodze kilka razy się potknąłem. Wyszedłem po drugiej stronie. Było tam jeszcze zimniej niż w jaskini, pewnie przez wielki wiatr. Był tak silny, że na początku prawie się przewróciłem. Nie zdążyłem zobaczyć nawet, jak wygląda wszystko dookoła, bo przed małym drzewkiem kawałek ode mnie, stał lis. Sam nie dam rady, przynajmniej droga tu jest bezpieczna. Zwierzę się na mnie rzuciło. Odskoczyłem. Zabolała mnie łapa, ale ważne, że przeżyłem.
- Nie, nie, nie, nie... Spokojnie... Grzeczny morderca... - cofałem się powoli.
Lis zawarczał i zaczął biec w moim kierunku.
- Płomienny, nie mów, że zginąłeś! - usłyszałem cichy głos.
- JESZCZE ŻYJĘ, DAJCIE MI CHWILĘ NA RATOWANIE ŻYCIA!
Wskoczyłem na jedną ze skał i rzuciłem w lisa kamieniem. Potrzepał łebkiem i zaczął się za mną wdrapywać.
- Ej, ej, ty umiesz się wspinać? Ale to niemożliwe! - próbowałem go kopnąć, ale się nie udało. Zeskoczyłem.
Wbiegłem do jaskini i pędem rzuciłem się do ucieczki. Kiedy byłem już blisko wyjścia skoczyłem, a potem dosłownie wyturlałem się na zewnątrz. Wszyscy na mnie patrzyli. Byłem lekko podrapany po chodzeniu w ciemnościach i obijaniu się na skałach.
- Czyli znalazłeś przejście? - odezwała się Mglista.
- Dzięki za troskę. Tak, wiem którędy mamy iść, ale tam jest lis.
Podniosłem się z ziemi i otrzepałem z brudu i innych wymiocin z jaskini.

Ktoś? xD

Od Cichej Gwiazdy

Noc...księżyc, tak wielki, jasny, tajemniczy...wkrótce pełnia się skończy i minie pierwszy księżyc, od kiedy jestem przywódcą...
- Cicha Gwiazdo. - Odwróciłem się natychmiast słysząc głos mej matki.
- Kryształowe Serce... - Moje oczy zaszkliły się radością na widok rodzicielki. - Tęskniłem...
- Cicha Gwiazdo...spójrz tam. - Pokazała łapą za mnie. Obejrzałem się.
Pioruny...wszędzie deszcz gromów, wielka burza...drzewa się łamały i upadały zabijając koty...i wszystko inne.
- Oo...
- To przyszłość. Jedna z kilku plag, które was czekają w drodze do Ciernistej Duszy i Kruczego Wiatru.
- Hę? 
- Dolina Niepokonanych, ślepy krecie! Mysi Móżdżek! - Usłyszałem nagle głos innej kotki.
- No nie, tylko nie ona... - Złapałem się za głowę. - KAŻDY tylko nie ta stara wariatka!
Upadłem na ziemię chowając pysk między łapy, na widok cętkowanej kotki. Brzydka jak noc październikowa, a do tego głupsza od Wróblego Płomienia...
- Co jest Cichy? Kłaczek ci stanął w gardle? Nie cieszysz się na mój widok?
- Czy kiedykolwiek cieszyłem się na twój widok Osetowa? - Powiedziałem zirytowanym głosem.
- Myślałam że umierasz z radości widząc mnie! - Złapała mnie za głowę i zaczęła tarmosić łapą.
- Ratuj... - Szepnąłem do mojej matki.
- Osetowa Skórko! - Syknęła Kryształowe Serce trzepiąc nakrapianą kocicę ogonem.
- Oj dobra, dobra! - Odepchnęła mnie i usiadła z boku ze smętną miną.
- Musicie ruszać. Czasu coraz mniej...
- Miłego loooooooooooooootuuuuuuuuuuuuu! - Krzyknęła Osetowa machając mi na pożegnanie, wtedy obie się rozpłynęły w powietrzu. Czułem, że spadam...

 Otworzyłem oczy. Ten koszmar się wreszcie skończył...spojrzałem na moje rodzeństwo, po chwili Złocista unosząc się na przednie łapy spytała:
- Mieliście...Kolejne dziwne sny?
- Tak. - Odpowiedziałem szybko. - Burza to kolejna plaga która nas nawiedzi w drodze do Doliny Niepokonanych. Prawdziwy sztorm.


Ktoś? .3.

Od Złocistej Gwiazdy

Gwiazdy.... Gwiazdy.... Piękne i takie.... Po prostu cudowne! Od kiedy spotkałam Ciernistą Duszę uważam świat za 100 razy bardziej kolorowy i piękny... Nawet głupoty Wróblego uważam teraz za zabawne... Mówię to ze szczerego serca. Co robiłam? No patrzyłam w gwiazdy, a jakże? Są takie cudowne!! Dobra... Chyba już to mówiłam....? Popatrzyłam na rodzeństwo. Śpią. Tak jak reszta kotów. Nikt nie pomyślał o jakiejś straży czy coś... Dobra. Poświęcę się i poczekam do rana.

Cz-czekaj, co jest? Śpię?! Miałam przecież nie spać...
- Halo? Kolejny proroczy sen? A może zwykłe sen w którym.... Latam... I... Jestem...
- Paręset długości zająca nad ziemią. - Odezwał się ktoś, przerywając mi moją zdumioną wypowiedź. Popatrzyłam na boki, lecz nikogo nie zobaczyłam. Spojrzałam w górę i zobaczyłam nad sobą Kryształowe Serce. Szczerze... Już nic mnie nie zadziwi.... - Spójrz w dół. Tylko się nie przestrasz.
- Mam lęk wody a nie wysokości! - Mruknęłam. Kiedy zobaczyłam jak jestem wysoko to i tak pisnęłam ze strachu. Usłyszałam śmiech swojej rodzicielki. - No co.... A to co znowu?! - Wykrzyczałam zdumiona. Coś białego skakało w naszym kierunku.
- Jestem owcą! Hau hau! - Powiedziałabym, że to Wróbli, ale że on chyba nie może być w moim śnie...
- Osetowa Skórko. Spoważniej chociaż w jej śnie. Musimy jeszcze później odwiedzić mojego syna. Cichą Gwiazdę. - Już mu współczuję...
- A więc? To chyba coś poważnego, skoro wy dwie tutaj jesteście....
- Popatrzcie na dół! Śnieg! Jaki piękny! - Po raz kolejny przeszkodzono mi w rozmowie... Tym razem to była Osetowa Skórka, która z radością biegła w stronę białego puchu.
- Dobra. Powiem ci, póki ona nie wróci. Otóż spójrz w dół. Widzisz śnieg. Wielkimi krokami zbliża się Pora Opadających Liści. Lecz, kiedy dojdziecie do Kruczego Wiatru i Ciernistej Duszy, spotkacie na swej drodze śnieg. U nich Pora Nagich Drzew przychodzi wcześniej. Prawdopodobnie wtedy część z was zachoruje, a nawet umrze. Nie wybierajcie pochopnych decyzji, a wiele z was przetrwa. A teraz... Miłej podróży, córko. - Mówiąc to dotknęłyśmy się nosem, a ja znowu zobaczyłam ciemność.

Robi się coraz jaśniej. Pewnie wchodzi już słońce, bo na Srebrnej Skórce wyblakło już większość gwiazd. Rodzeństwo również nie spało.
- Mieliście... - Zaczęłam. - Kolejne dziwne sny? - Spytałam.

Ktoś? c:

12 wrz 2015

Od Płomiennej Gwiazdy

Chwilę wszyscy milczeli przyglądając się zniecierpliwionej przywódczyni Klanu Dnia. Wstałem uważając na złamaną łapę i podszedłem do niej. Kątem oka zobaczyłem, jak Czerwonopręga zabiera swoją córkę do pyszczka i zaczyna iść. Czeka nas naprawdę długa podróż. Ciekawe, gdzie idziemy, skoro widziałem w śnie śnieg.
- Pilnujcie kociąt i Wróblego Płomienia, nie chcemy, żeby ktoś zrobił sobie krzywdę. - mruknął Błękitna Łapa patrząc, jak wojownik dalej je błoto. Po chwili wszyscy już szli. Nie wiem ile szliśmy, ale kiedy robiło się ciemno, niektórzy już padali i ledwo szli.
- Musi odpocząć... - usłyszałem zmartwiony głos Ciemnego Strumyka. Popatrzyłem do tyłu. Jastrzębia Burza leżał prawie jak martwy, a kotka nad nim stała. Trzeba się zatrzymać. Usiadłem. Złocista Gwiazda, która cały ten czas szła przodem, odwróciła się. Wydawała się być dziwnie zamyślona. Rozglądnęła się. Byliśmy na dużej łące.
- Tutaj. - powiedziała, patrząc na małe drzewo. - Odpocznijmy przez całą noc, rano wyruszymy dalej.
Cicha Gwiazda skinął łebkiem. Zaciągnęliśmy Jastrzębiego pod drzewo. Położyłem się od razu i zasnąłem, czując ulgę, że wreszcie mogę odpocząć.

Przed wami długa droga. Idźcie tam, gdzie lecą wielkie ptaki. Te drapieżniki uratują wam życia.
- Cieszymy się, że nas posłuchaliście. - usłyszałem głos. Otworzyłem oczy. Przede mną siedziały dwa koty. Najwyraźniej Ciernista Dusza i kotka, którą widziałem w jednym ze snów.
- Czekamy na was. - uśmiechnęła się kotka. - I tak skoro znów się spotykamy... Jestem Kruczy Wiatr. Na pewno znasz już mojego braciszka Ciernistą Duszę! - popatrzyła na kocura - Idzie do nas też ta kotka, może jeszcze jest nadzieja?
- Krucza! - warknął.
Patrzyłem na dwa koty patrzące sobie w oczy. Wyglądało to tak, jakby za chwilę jeden miał rzucić się na drugiego.
- Czekaj, czekaj! - powiedziała nagle Krucza. - Zapomniałeś chyba, że to jego sen. Nie powinieneś tak krzyczeć!
- Ale ja...
- Chyba coś mówię! - syknęła.
Usiadła obok mnie i objęła mnie łapą. Ledwo mogłem oddychać.
- A więc... Chcesz coś jeszcze wiedzieć? - zapytała łagodnym głosem.
- No, chciałbym wiedzieć... - jęknąłem. - Jak do was dojść?
- Tak jak mówiliśmy wcześniej. Idźcie tam, gdzie lecą wielkie ptaki. - odezwał się Ciernista Dusza.
- Ale ja nie wiem gdzie lecą wielkie ptaki! - szepnąłem.
Krucza była bardzo silna, chyba chciała mnie udusić. Czyli jak wszyscy.
- No cóż, chyba pora się pożegnać. - mruknął kocur.
- Pozdrów od Ciernistego siostrę!
- Nie pozdrawiaj jej ode mnie...

Obudziłem się. Słońce wychodziło zza horyzontu. Prawie wszyscy jeszcze spali. Wszyscy oprócz mojego rodzeństwa...

Rodzeństwo? xD

Od Złocistej Gwiazdy

- Mówię ostatni raz! Spróbuj, a pożałujesz! - Syknęłam do Sowiego Pióra. Ten jednak nic z tego nie robiąc, rzucił kamieniem w gałąź na której stałam i na moje nieszczęście spadłam.. Prosto w kałużę. Gdyby nie ta powódź, to bym pewnie się nie przeraziła tej kałuży... Ale teraz to cała mokra znowu weszłam na drzewo, tym razem po za zasięgiem kamieni Sowiego. Później się z nim rozprawię. Zwinęłam się w kłębek i przerażona zamknęłam oczy. Nagle usłyszałam głos Osetowej. W tym życiu daję ci....''....''ACH! SIŁĘ! Teraz już zrozumiałam o co jej chodziło. Wstałam, spojrzałam na część kotów na drzewie. Nie wiedziałam co mamy zrobić, gdzie się chować żeby przeżyć powódź...
- Słuchajcie mnie! - Krzyknęłam najgłośniej jak się dało. - Woda się zbiera i musimy jak najszybciej wejść na najwyższe drzewo w lesie. - Łapą wskazałam na potężny dąb, który stał od nas parędziesiąt długości zajęcy. W słonecznej pogodzie wędrówka do tego drzewa byłaby nawet prosta. Ale kiedy pada deszcz, wiatr wieje tak mocno, że aż łamie najsłabsze drzewa w okolicy to trudno nazwać to ''spacerkiem''. Spojrzałam na dół. Widziałam jak Płomienny rozmawia z Sowim. Nie namyślając się, wybrałam najcięższy z gałęzi i wycelowałam w głowę medyka Klanu Świtu. Wycelowałam i... Trafiłam! Sowi padł na ziemię, bałam się, że go... No cóż.... Za mocno walnęłam tą gałęzią... Na całe szczęście po chwili zaczął rozmasowywać obolałe miejsce na głowie. Ta historia skończy się dla niego guzem... Zdziwione kocury spojrzały w górę i kiedy mnie zobaczyły, to od razu mogę wiedzieć, że muszę uważać na Sowiego... Niemo przekazałam, że mają ruszyć się z miejsca i wspiąć się na dąb. Nie zwracając już na nich uwagi, dołączyłam do ewakuujących się kotów. Nagle na dole zobaczyłam coś... Znajomego. To ''coś'' z wrzaskiem biegło pomiędzy kałużami a wystającymi konarami drzew... I to coś grzmotnęło w najbliższe drzewo. Obok mnie pojawiła się śmiejąca Mgliste Futerko. Wróbli nie zważając (lub po prostu się popisując) zaczął z błota robić ''babki z piasku''. Tylko, że zamiast z piasku jest błoto... Mglista nadal się śmiejąc, przeturlała się z gałęzi i zaczęła spadać. Wróbli jak to prawdziwy Romeo Wróbli zaprzestał zabawę i spróbował złapać spadającą kotkę. Udało mu się.... Mglista popatrzyła zdezorientowana, lecz nie zauważyła kocura. Nagle pod nią zaczęło coś bulgoczeć. Coś błotnisto - wrzeszczącego podniosło ją do góry i wrzuciło z powrotem do błota. Okazało, że to Wróbli, który również się śmiejąc pośliznął się i znowu wpadł na drzewo. Nagle z drzewa spadły dwa kolejne ciałka. Okazało się, że to są dwaj terminatorzy. Wiewiórcza Łapa i Błękitna Łapa. Czwórka ubłoconych kotów zaczęło się śmiać. Nawet nie próbowałam ich już uświadomić, że mamy powódź. Zaczęłam skakać po gałęziach drzew, starając się nie patrzeć w dół. Ignorując swój lęk, popatrzyłam w dół by zobaczyć, gdzie mam postawić łapę. Niestety mój lęk zwyciężył. Przerażona schowałam się w gałęziach i prze najbliższe sto lat nie chciałam stamtąd wyjść. Nagle poczułam jak moje powieki robią się coraz cięższe...

Cisza... Cicho tu... Za cicho...
- Halo? Jest tu kto? - Spytałam. Nagle zobaczyłam przed sobą biało - szarego kocura.
- Czekamy na was. Im szybciej przybędziecie tym lepiej dla was. Kierujcie się na północ. -  Kocur nie odwrócił się nawet kiedy do mnie mówił. Bywa...
- Kim jesteś? - Spytałam.
- Zwą mnie Ciernistą Duszą. - Mruknął i rozpłynął się w powietrzu.
- Cz-czekaj! Kim jesteś? Rangą.... Przywódca? Może medyk?! Spotkamy się jeszcze? - Spytałam, chociaż po kocurze nie było już żadnego śladu. W oddali usłyszałam jakiś śmiech.... Raczej należący do kotki. Po chwili do mnie dotarło, że zachowałam się... Idiotycznie. A co jeśli stanę się taka jak Wróbli przez to?! Lepiej postaram się o tym zapomnieć. Przynajmniej na razie...

Poczułam, że znowu mam mokre futerko. Ale przecież schowałam się pod liśćmi więc co....? Otworzyłam jedno oko. Zauważyłam, że dookoła mnie latają śnieżki z błota.... Usłyszałam również śmiech Sowiego, kiedy jedno z nich trafiło mnie w tył głowy. Jak oparzona wstałam i w ciemnościach dostrzegłam Sowiego, który razem z Wróblim i Mglistą robili śnieżki. Oburzona krzyknęłam.
- Jak śmieliście mnie budzić w takiej chwi....! - Niestety nie dokończyłam, bo Sowi rzucił we mnie kulką błota. Na moje nieszczęście trafił mnie w pyszczek. Reszta również zaczęła rzucać. Z mniejszą dokładnością, ale zawsze. W czasie unikania błotnistych kul zauważyłam, że Wiewiórcza i Błękitny robią wspólnie bałwana z błota. Nagle trzy pociski jednocześnie walnęły mnie w głowę. Spadłam z gałęzi prosto na trzy koty.
- Znaczy wygrałam? - Wystękałam. Tuż pode mną trzy koty z nieukrywaną radością zaśmiały się a ja po chwili do nich dołączyłam. Nagle na scenę wpadł jeszcze Płomienny. Prze swoją bolącą łapę musiał iść wolniej. Obok niego stała Ciemny Strumyk i pomagała mu chodzić po błocie. Oboje popatrzyli na nas wielkimi oczami i już po chwili zostali zbombardowani przez nas. Błoto ciągle latało, a mi w głowie nagle pojawił się głos Ciernistego. Czekamy na was. Im szybciej przybędziecie tym lepiej dla was. Kierujcie się na północ. Stanęłam po środku bitwy i krzyknęłam najgłośniej jak mogłam.
- CISZA! - Już po chwili wszyscy zaprzestali zabawę. - Zatem. Wiem po części dokąd mamy wyruszyć. Miałam proroczy sen! Widziałam Ciernistą Duszę. Kocura który...
- Ciernistą Duszę? To on właśnie nas oczekuje! - Przerwał mi Płomienny.
- Widziałeś go?! Oczekuje nas? To świetnie! - Wykrzyczałam, przytuliłam brata, a po chwili zrobiłam piruet szczęścia. Nagle zauważyłam, że wszyscy patrzą na mnie jak na Mysiego Móżdżka. Nawet Wróbli, który był zajęty zajadaniem się błotem z rozdziawionym pyszczkiem patrzył na mnie tymi swoimi wielkimi oczami. - Znaczy no.... To dobrze, że nas oczekuje bo.... Przynajmniej nie będzie żadnych wojen i..... I..... - Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale Płomienny zatkał mi pyszczek łapą.
- Wyczuwam w powietrzu miętę. - Wyszeptała Wiewiórcza do Błękitnego. Niestety i tak było to za głośno. Obrażona, z dumnie podniesionym ogonem zaczęłam iść w kierunku dębu. Stanęłam i nawet się nie odwracając spytałam. - Idziecie, czy nie?

Ktoś? c: (czytaj Płomienny xD)

9 wrz 2015

Od Płomiennej Gwiazdy

- Medycy pomogą Mysiej Skórce, wszystko będzie z nią w porządku. - powiedziałem. Widziałem, że z bratem nie jest dobrze. Był wyczerpany. - Teraz powinniśmy martwić się o ciebie.
Wszędzie było pełno kałuży, błota i innych niezbyt ładnie wyglądających rzeczy. Gałęzie niskich drzew, a czasami i one były na ziemi, wyrwane. Było tam niebezpiecznie, bo w niektórych miejscach zwisały różne patyki. Przez to wszystko zwierzyna na pewno uciekła lub nie przeżyła. Będziemy pewnie głodni. Cały opatrunek spadł z mojej łapy podczas tej całej akcji z ratowaniem własnego życia. Łapa bolała bardziej od pozostałych, zastanawiałem się, jak w ogóle to możliwe, że jakoś udawało mi się nią tak ruszać. Wtedy nawet nie zwracałem uwagi na ból. Nagle usłyszeliśmy na drzewie nad nami drżący głos Złocistej Gwiazdy. Popatrzyłem tam.
- W-woda... Wszędzie woda... - szeptała, przytulając się do grubej gałęzi.
- Ej! - usłyszałem wołanie z wejścia do jaskini.
Odwróciłem się i zobaczyłem Sowie Pióro, przed którym leżało kilka kamieni.
- Pomóc ci ją zrzucić?
Tak, zemsta medyka.
- Nie waż się! - zasyczała kotka, dalej trzymając się mocno drzewa.
Znów spojrzałem na brata, który najwyraźniej nawet nie zwrócił uwagi na to dosyć dziwne zdarzenie, bo leżał dalej jak martwy.
- Muszę zaciągnąć cię do jaskini, bo nam tu zginiesz. - chwyciłem go delikatnie i zacząłem ciągnąć. Był ciężki, ale w takich chwilach lepiej nie narzekać. Ciekawe, kiedy siostrze przejdzie to szaleństwo, bo o nią też zaczynam się już niepokoić. Do tego te wszystkie plagi... Co było potem? Oh... Płonący obóz Klanu Świtu... Mojego klanu... Gdyby była powódź podczas pożaru, chyba nawet bym się ucieszył, ale teraz... Położyłem się obok brata próbując go jakoś ogrzać, chociaż mi też było zimno. Leżałem tak i z wyczerpania zasnąłem.

To nie jest koniec. Otwórz oczy i zobacz, gdzie może powędrować twój klan. Teraz wszystko będzie inne. To, co dotąd znałeś, zmieniło się na zawsze. Kolejny sen? Tym razem stałem... Gdzieś. Wszystko wokół było białe, żadnych wyjątków. Nagle... Ze światła przede mną zaczął wychodzić kot. Zawiał wiatr i płatki śniegu zaczęły nagle latać wokół jak szalone. Zrobiło mi się zimno. Przede mną stała ciemnoszara kotka w pręgi. Uśmiechnęła się i powiedziała łagodnie:
- Jesteś pierwszym przywódcą na tych terenach. Razem ze swoim klanem możesz tutaj zostać nawet na zawsze.
Wyprostowała przednią łapę w moim kierunku. Po chwili zauważyłem, że za nią jest jaskinia, a w niej wszystkie koty z mojego klanu. Śpią.
- Ciernista Dusza przewidział, że się zjawisz. - dodała.
- C-co?
Nie odpowiedziała.

Powoli otworzyłem oczy. Cichej Gwiazdy już obok mnie nie było. Czułem się tylko trochę lepiej niż wcześniej. Jaki Ciernista Dusza? Czemu przewidział, że się zjawię? Wariat jakiś? Po co miałbym gdzieś tam być? Ciekawe, czy to stanie się naprawdę... Wstałem z ziemi, ale po tym od razu się przewróciłem, bo nagle zabolała mnie łapa.
- Czyli wolisz spać, przywódco? - usłyszałem głos Mglistego Futerka, która najwyraźniej siedziała gdzieś obok.
Próbowałem cokolwiek powiedzieć, ale udało mi się tylko coś cicho mruknąć. Łapa bolała bardziej niż kiedykolwiek. Chyba będę musiał pójść do Sowiego Pióra.
- Wreszcie się obudziłeś! - powiedział nagle medyk.
No proszę, jak zawołany. Pomógł mi wstać.
- Boli?
- Jak nigdy.
- Hmmm...
Ponownie unieruchomił moją łapę.
- Sowie Pióro, mam pytanie... - zacząłem.
Kocur popatrzył na mnie.
- Czy to możliwe, że tak samo jak Złocista Gwiazda mam prorocze sny? Takie bez sensu, ale jednak?
- Możliwe. - odpowiedział krótko.
Zacząłem zastanawiać się kim mogła być ta kotka. Nie wyglądała na wroga, była miła, najwyraźniej przyjęła mój Klan do swojej jaskini... Co więc mógł oznaczać ten sen?
Bolała mnie głowa i łapa, byłem słaby, głodny i spragniony. Mimo tego powinienem się cieszyć, że w ogóle żyję. Mało brakowało...

Ktoś? c:

Od Cichej Gwiazdy

Walczyłem z żywiołem dzielnie, ale i tak co chwilę szedłem pod wodę...Muszę walczyć, muszę żyć... Nie walczysz dla siebie... usłyszałem nagle szepty w mojej głowie. Zostawiłeś kogoś...nie walczysz teraz dla siebie, lecz dla tego kogoś... W tamtej chwili zrozumiałem...Mysia Skórka! Została sama w obozie! A rzeka pewnie już się wylała...jeśli tak jest, Mysia Skórka nie przeżyje pięciu minut...poczułem nagle siłę...zacząłem płynąć w stronę obozu. Po kilkunastu minutach tam dotarłem...
- MYSIA SKÓRKO! GDZIE JESTEŚ! - Wykrzyknąłem próbując utrzymać głowę nad powierzchnią wody, co było trudne.
- CICHA GWIAZDO! - Usłyszałem nagle jej krzyk. Przednimi łapami trzymała się gałęzi drzewa zanurzona do połowy. Natychmiast zacząłem płynąć w jej stronę.
Złapałem się pazurami drzewa. Udało mi się wspiąć...ale nie miałem czasu na odpoczynek. Chwyciłem kotkę za skórę na karku i próbowałem wciągnąć na drzewo. Udało się...była już bezpieczna, od razu otuliłem ją swoim puchatym ogonem i zacząłem wylizywać aby ją ogrzać, tak jak matka kociaka. Ale musieliśmy wrócić do pozostałych...Mysia Skórka cała drżała z zimna, łapy zapewne jej zdrętwiały...nie miała siły iść...musimy z powrotem popłynąć.
- Mysia Skórko, musimy wrócić... ufasz mi?
- Oczywiście...
- Dobrze...
Jakoś udało mi się ją wziąć na grzbiet.
- Ufam ci...
- Wiem...
Wziąłem głęboki oddech i...wskoczyłem. Czułem jak łapy kotki zaciskają mi się na szyi. Trzymała się i to mocno...bardzo mocno. Ciężko było mi oddychać, ale cóż...


***

Nareszcie burza ustała...wody było znacznie mniej...udało mi się w końcu dojść...
- Cicha Gwiazda wraca! - Wykrzyknęli terminatorzy widząc mnie człapiącego w stronę miejsca zebrania. Zaczęli zeskakiwać z drzew aby mnie powitać.
- Weźcie Mysią Skórką i ją ogrzejcie, nie pozwolę jej zamarznąć...
Pomogli jej ze mnie zejść i zaprowadzili w stronę jaskini, gdzie na pewno było cieplej. Upadłem na ziemię, ciężej mi się oddychało.
- Cicha Gwiazdo! - Podbiegł do mnie mój brat. 
- N-nic mi nie jest...zajmijcie się Mysią Skórką... - Wydyszałem szeptem.
Spojrzałem Płomiennej Gwieździe w oczy, czekając na odpowiedź...

Płomienny? .3.

8 wrz 2015

Od Złocistej Gwiazdy

Nie cierpię wody... No dobra... JA PANICZNIE BOJĘ SIĘ WODY! Ale nie tak jak inne koty. Lubię się kapać, a jakże.. Lecz tylko na płyciźnie. A już za nic w świecie nie wejdę głębiej! Ale wróćmy do mojego stanu ciała. Czułam się zagubiona. Nie wiedziałam gdzie góra, a gdzie jest dół. I do tego zaczęło mi brać tchu. No po prostu pięknie.... Otworzyłam po chwili pyszczek, gdyż zabrakło mi tlenu. Ale zamiast powietrza, dostała się woda i już po chwili całe płuca miałam w tej cieczy. Zamknęłam oczy i czekałam na śmierć. Lecz tu powrócę. Powrócę już bez jednego życia...

Pierwsze co ujrzałam po rozwarciu swoich oczu to Osetową Skórkę robiącą do mnie jakieś dziwne minki. Kiedy zobaczyła, że już się obudziłam, wykrzyczała.
- Witaj moja droga! Piękny dziś dzionek mamy, co nie?!
- Cudowny.... - Mruknęłam i wstałam czekając, aż moja była mistrzyni przypomni sobie, po co tu jest.
- Chcesz nadziewanego ziołami wróbla, czy zapiekaną mysz? - Spytała i o dziwo w przednich łapkach miała oba przysmaki. Pamiętam, że jak jeszcze byłam mała to Osetowa była sławna z robienia takich delikatesów.  Ale wracając do rzeczywistości....
- Podziękuję. Ale wiesz Osetowa Skórko... Że ja umarłam? - Spytałam w prost.
- No przecież wiem. I dzięki temu, że umarłaś, to możesz już na zawsze być ze mną i ze swoją matką... Czyż to nie cudowne?  - Spytała szczęśliwa połykając w całości wróbla.
- Ale ja.... Mam jeszcze 8 żyć.  - Mruknęłam a Osetowa aż wypluła parę piór.
- ALE TY NIE JESTEŚ PRZYWÓDCZYNIĄ! A może jesteś?
- Jestem... - Jeszcze chwila i sama zacznę myśleć, że nią nie jestem....
- Hmmm... Ach! Coś sobie przypominam... Jak to szło...? AHA! EUREKA! -Wykrzyczała i aż wstała z tej euforii. - W tym życiu daję ci.... - Zaczęła poważnym głosem, lecz chyba zapomniała mi to ''coś'' dać. - Hmm... ACH! SIŁĘ!
- Ale siłę czyli, że będę dwukrotnie silniejsza niż byłam, czy że będę silniejsza emocjonalnie? - Spytałam po chwili namysłu.
- A bo ja wiem? - Nagle poczułam, że moje powieki robią się strasznie ociężałe... - Miłego looooooooooooooootttttttttuuuuuuuuuuuuuuuuu!


Bum. Bum. Bum. Słyszę bicie swego serca... Czyli żyję! Z ulgą wyplułam całą zawartą we mnie niepotrzebną wodę. Po chwili również moje uszy zaczęła sygnalizować o wielu krzykach i szumiącej wodzie. Kiedy usłyszałam, że ktoś woła i próbuje do mnie podbiec, z trudem otworzyłam oczy.  Nade mną widziałam Czerwonego Liścia, który kiedy zobaczył, że oprzytomniałam, spytał się.
- Straciłaś życie?
- Tak... - Mruknęłam ospale, a po chwili dotarło do mnie, że jestem w POŁOWY W WODZIE! Z sykiem wyszłam, a raczej wyskoczyłam z niej i lekko się tocząc przy każdym kroku jak Wróbli kiedy walną się w pieniek, dotarłam do najbliższego drzewa, ciągle mrucząc.
- Woda, wszędzie woda... Woda, wszędzie woda....
- Wszystko dobrze, siostro? - Spytał po chwili Płomienny podpierając się o Błękitnego.
- Czy wszystko dobrze..... CZY WSZYSTKO DOBRZE?! NIE! - Wykrzyczałam i spojrzałam na dwóch kocurów szalonym wzrokiem. Zaczęłam trząść bratem, tak że ten się bujał. - NIC NIE JEST DOBRZE! TU JEST WODA! WSZĘDZIE WODA! A JA SIĘ BOJĘ TEGO ŻYWIOŁU!
- Ale-my-jes-tś-my-ko-ta-mi.-A-ko-ty-bo-ją-się-wo-dy. - Wysylabizował w trakcie bujania płomienny kot.
- ALE JA SIĘ BOJĘ BARDZIEJ NIŻ NORMALNY KOT! ZATEM CZEŚĆ! - Puściłam brata, a ten z odrzutu poleciał w bok. Zdążyłam jeszcze tylko usłyszeć od brata kiedy wstawał.
- Czy ona oszalała? Puszczając to mimo uszu weszłam na drzewo i usiadłam obok Słonecznej i Wiewiórczej, które starały się utrzymać pięć kociaków na raz. Bez pytania wzięłam Kwarcka i starałam się uspokoić. Co było trudne. Nagle zaczęłam się rozglądać szukając wzrokiem swojego drugiego brata. Ale nie znalazłam. Cichy przepadł jak kamień w wodę.....

Cichy? c: TWOJA KOLEJ! xD :D

Od Płomiennej Gwiazdy

Od dawna nie było takiej burzy. Nagle zobaczyłem jak Złocista znika gdzieś pod wodą, kiedy wielka fala uderzyła w skałę. Wszystkie koty na dole zaczęły się ratować. Zacząłem się powoli ześlizgiwać. Wody było coraz więcej. Mocno wbiłem pazury w kamień, ale dalej powoli zaczynałem spadać. Nie ma się czego bać. Usłyszałem głos. Puść się. Po chwili moje tylne łapy już zwisały, a ogon co chwilę maczał się w wodzie. No dalej, nie ma po co się trzymać, bo i tak spadniesz... Ześlizgnąłem się całkowicie, razem z kilkoma kamieniami spadłem do wody. Nagle wszystko ucichło. Wyglądało to podobnie jak w moim śnie. Prawie nie słyszałem już burzy, tylko koty próbujące nie utonąć. To była powódź o której mówiła Złocista. To jest bardzo podobne do snu, ale wiedziałem, że nikt po mnie nie wskoczy. Albo poradzę sobie sam, albo zginę. Nie potrafię pływać za dobrze, ale udało mi się wynurzyć. Wziąłem głęboki oddech, po czym nagle znów znalazłem się pod wodą. Przez moment jakby nie mogłem się ruszać. Bolały mnie łapy. Ponownie się wynurzyłem. Zobaczyłem jak Cichy gdzieś pędzi przez wodę. Odwróciłem się nagle. Wszystkie matki starały się utrzymywać nad wodą kocięta, co na pewno było trudne. A teraz śpij, Płomienna Gwiazdo... Przecież nie będę spał w takiej chwili! Chociaż bym odpoczął... Ale nie! Dalej próbowałem nie utonąć. To nie miało sensu. Nie dam rady. Znów byłem pod wodą i nie miałem chwili, żeby wypłynąć. Nagle zacząłem słyszeć szepty. Będę z tobą... Na zawsze będę cię chronił w Gwiezdnym Klanie. To były słowa mojego wujka. Wtedy, kiedy byłem mały i poświęcił za mnie życie. Poczułem dodatkową siłę. Jakby ktoś pomógł mi wypłynąć w górę. Udało mi się dopłynąć w miejsce, gdzie było mniej wody. Wspiąłem się resztkami sił na drzewo i położyłem się na gałęzi. Zakaszlałem i nie zwracałem nawet uwagi na to, że jest burza i piorun może uderzyć nawet we mnie. Zrobiło mi się zimno, łapy mnie bolały. Ale... Żyję. Przeżyłem. Prawie wszystkie koty już się uratowały i też były na drzewach. Matki z kociętami były razem. Nie rozdzieliły się z potomstwem.
- Płomienna... Gwiazdo... - usłyszałem przed sobą głos.
Popatrzyłem tam. Nade mną stał Błękitna Łapa.
- Czy wszystko w porządku? - zapytał, dysząc.
Najwyraźniej też ledwo przetrwał. Skinąłem lekko łebkiem, bo nie miałem siły. Tak naprawdę nie było w porządku. Było źle. Czułem, jakbym umierał z wyczerpania. Zamknąłem oczy.
- Złocista Gwiazdo! - nagle usłyszałem krzyk.
Otworzyłem oczy. Moja siostra leżała w połowy zanurzona, a Czerwony Liść najwyraźniej wyciągnął ją z wody. Chciałem do niej podbiec, ale chyba mi coś nie wyszło, bo już prawie wstałem, ale nagle znalazłem się na ziemi, rozchlapałem wodę na boki.
- O nie! - Błękitna Łapa zeskoczył na ziemię obok mnie.
Teraz już wie, że nie jest w porządku.
- Pomogę ci wstać, Płomienna Gwiazdo... - powiedział i tak zrobił.
Podszedłem do przywódczyni Klanu Dnia. Oddychała, ale nie otwierała oczu. Popatrzyłem na medyka. On przyglądał jej się.
Po chwili otworzyła oczy...

Ktoś? c:

7 wrz 2015

Od Złocistej Gwiazdy

Pada, pada i pada.... Ile to już pada? Całe ranek? Możliwe że więcej...
Popatrzyłam na koty. Takie różne i takie same.... Wróbli kleił się jak zwykle do Mglistej, Wiewiórcza rozmawiała z Błękitnym a Jastrzębi przytulał się do Ciemnej... Zaraz, co?! .... Dobrze, że przynajmniej z takiego samego Klanu...
- Bracia... - Szepnęłam do kocurów, żeby na chwilę mnie posłuchali. - Ja zacznę Zgromadzenie. Mam coś ważnego do powiedzenia.- Pokiwali na znak, że się zgadzają. - Podeszłam bliżej skały, popatrzyłam na chwilę na koty i zaczęłam.
- Słuchajcie mnie! Dzisiaj miałam sny, prorocze sny. Widziałam powódź, a w niej topiące się koty. Widziałam też ogień, palący się Obóz Klanu Świtu.... Ale to nie to było najgorsze. Widziałam też Dwunogi. Pewnego dnia przyjdą tu, ze swoimi potworami i zniszczą nasze Obozy, cały las! - Ostatnie zdanie wykrzyczałam, żeby do każdego dotarła straszna wiadomość. Nawet Wróbli patrzył przerażony. - W snach (bo miałam dwa) spotkałam również koty z Gwiezdnego Klanu. Kryształowe Serce - matkę przywódców czterech Klanów oraz Osetową Skórkę - moją mistrzyni.
- Tą starą wariatkę? - Spytał z niedowierzaniem Płomienna Gwiazda. Wysłałam mu zza ramienia mordercze spojrzenie typu: Odezwij się jeszcze raz, a oberwiesz w ranną łapę. Ten podkulił się w sobie i spojrzał na górę, jakby tam znalazł coś godnego uwagi. Nie zwracając już na niego wróciłam do przemowy.
- Obie ostrzegały mnie o niebezpieczeństwie. Ale żadna z nich nie powiedziała co mamy zrobić, by się uratować.
- To znaczy, że nie ma dla nas ratunku? - Spytała Słoneczna Kita, przyciągając do siebie swoje kocięta. Wszystkie koty zaczęły nawzajem się przekrzykiwać. Cicha Gwiazda starał się uciszyć tłum kotów. Na próżno. Nagle Wiewiórcza Łapa pisnęła w głośności śpiewania Wróblego, przez to większość kotów musiała zatkać sobie uszy.
- Dziękuję Wiewiórcza Łapo. - Powiedziałam a ta napuszyła się z dumy.
- Czy jeszcze masz coś do powiedzenia Złocista Gwiazdo? - Spytał  Cichy.
- Tak mam. W śnie widziałam również górę. W samym jej środku istniał wodospad, która spływał w dół tworząc strumień czystej, pitnej wody. Dookoła góry był las. Z tłustą zwierzyną, łatwą do zapolowania. Dalej ciągnęły się jeszcze inne tereny, po strome zbocza po równiny. Wszystko zielone i obfite w zwierzynę.
- Ale co to oznacza? - Spytał Sowi.
- Możliwe że.... Musimy się przenieść w tamte tereny. - Rzekłam po chwili namysły.
- Ale my nawet nie wiemy gdzie one są! - Oponował Płomienny.
- Wyruszając w taką podróż nieznane, zginiemy, a na pewno zginą nasze kocięta! - Wykrzyczała Czerwonopręga. Akurat kiedy ona mówiła, na dobre się rozpadało. Nie znaczy, że wcześniej mocno nie padało, ale teraz... Do środka jaskini wtargnął wiatr, wlało się też trochę wody z burzy, można było zobaczyć błysk błyskawicy, a potem ziemia się zatrzęsła od walnięcia w ziemię. Zaczęła się burza i to na dobre....
- Uważajcie na siebie! Niech matki pilnują kociąt! Musimy przeczekać burzę! - Chociaż zdzierałam z siebie gardło to i tak prawdopodobnie mnie nikt nie usłyszał. Nagle wszystko ucichło w mojej głowie i jedynie co słyszałam to głos Kryształowego Serca. Pierwsza plaga.... Tuż przed wami.... Tylko przeżyją zwycięzcy.... Skupiając się na jej głosie nie zauważyłam jak woda na dobre wtargnęła do jaskini. Z przerażeniem zobaczyłam przed sobą falę wody, zamarłam a ona mnie wciągnęła do siebie....

Ktoś? c: Wybaczcie... Ale jest burza i po prostu nie mogłam nie wykorzystać okazji na pierwszą plagę. c: Dx :3

6 wrz 2015

Od Płomiennej Gwiazdy

Popatrzyłem na łapę. Dalej bolała.
- Złamana i nie wiem, kiedy będzie z nią w porządku. - powiedziałem i westchnąłem cicho.
Niedługo będzie Zgromadzenie. Miałem ochotę znów obserwować koty, ale byłem zbyt zajęty rozmyślaniem o ostatnich zdarzeniach. Nie ma już kłopotów z włóczęgą, to są borsuki. Co będzie potem? Wszystkie koty znów zaczęły wracać do środka. Zacząłem lizać swoje futro na barku. Popatrzyłem na bliznę bo ataku borsuka. Pewnie zostanie mi już na zawsze. Usiadłem obok skały na którą zawsze wchodzimy podczas Zgromadzeń. Był późny poranek, a na niebie zebrały się ciemne chmury i po chwili zaczęło grzmieć. Będzie burza. Po prostu świetnie. Zawiał zimny wiatr, zadrżałem. Zobaczyłem, że kilka długości lisa ode mnie leży trzęsąca się Ciemny Strumyk. Podszedł do niej Jastrzębia Burza. Położył się obok niej jakby ogrzewając ją własnym ciałem. Kotka przez moment patrzyła na niego zdziwiona, ale po chwili uśmiechnęła się, położyła pyszczek na przednich łapach i zamknęła oczy. Uśmiechnąłem się lekko. Wszyscy się zakochują... Oprócz mnie. Postanowiłem jednak obserwować koty. Położyłem się. Czułem, że powoli zamykają mi się oczy. Śpij, Płomienna Gwiazdo. Nie zwróciłem uwagi na głosy w głowie, ale zasnąłem. Śpij...

Wszystko wokół było inne. Błękitne, co chwilę widziałem jakieś roślinki. Było dziwnie cicho, nie mogłem oddychać. Byłem pod wodą. Z każdą sekundą byłem coraz bardziej na dnie. Nad sobą widziałem tylko światło... Dużo światła. Popatrzyłem na swoją łapę. Nie była już złamana i mogłem nią normalnie ruszać. Jednak nagle zobaczyłem wiele krwi. Moje łapy były poranione. Bolały. Musiałem wcześniej iść naprawdę długo. Nagle zauważyłem, że do wody nade mną wskakuje kot. Płynie po mnie. Wszystko zaczęło się rozmazywać... Ale ten kot... To... Błękitna Łapa...

- Płomienny! - ze snu wyrwał mnie głos Złocistej.
Popatrzyłem na nią zdziwiony.
- Za chwilę Zgromadzenie. Przygotuj się czy coś tam. - mruknęła.
- Okej... - odpowiedziałem.
Było już południe. Chwilę sobie spałem. Rozejrzałem się. Ciemnej ani Jastrzębiego już nie było, koty powoli zaczęły siadać przed skałą. Wstałem i podszedłem do rodzeństwa.

Ktoś? c:

Od Złocistej Gwiazdy

- Złocisty Kwiecie.... Złocisty Kwiecie... - Jakiś głos ciągle mnie przywoływał.... Bardzo znany mi głos....
-Osetowa Skórka? To naprawdę ty? - Spytałam widząc nakrapianą kotkę. Można powiedzieć że... Nie należała do najpiękniejszych. No dobra, dobra... Była, albo jest brzydka jak noc. Ale jej serce jest jaśniejsze od wielu piękności. Jest towarzyska, miła, dowcipna i trochę..... Szalona. No dobra. Bardzo szalona. Gdyby mieszkała z nami, to pomysłami i pechowością przewyższała by nawet Wróblego Płomienia.
- No bo, że ja. A któż by inny mógłby cię odwiedzać w snach?
- No.. Na przykład Kryształowe Serce...
- A któż to niby? - Spytała kocica. To fakt. Nawet w Gwiezdnym Klanie nadal ma zaniki pamięci. Czyli tak jak prawdziwa, lekko staromodna moja mistrzyni.
- Moja mama... - Powiedziałam niepewnie.
- Aaaa. No tak. Sen z tą powodzią. Ale dzisiaj pokażę ci coś innego. Pokażę ci... OGIEŃ! - Przybliżyła swój pyszczek tak blisko do mojego, że aż widziałam w jej źrenicach ogniste płomienie.... Już zapomniałam jak to jest, gdy się ma z nią do czynienia... Dookoła nas stworzyła się ognista bariera, ogień wygląda tak realistycznie.... - Chodź. - Rzekła i już po chwili znikła w płomieniach. Po paru sekundach wyłoniła jej się głowa z pytaniem. - No idziesz czy nie? - Po chwili znowu znikła. Nic innego mi nic nie zostało jak iść za nią... Niepewnie zrobiłam pierwszy krok. Cała moja łapa została spowita czymś... Miłym w dotyku. Czułam się.... Jakby moja łapa dotykała chmur, a nie ognia... Odważniej wsadziłam drugą łapę, a po chwili cała tam weszłam. Po jakimś czasie chodzenia w nie wiadomym mi kierunku wreszcie wyszłam z tego ognia. Ale niestety... Zobaczyłam coś strasznego.... Byłam w Obozie Klanu Świtu. Wszędzie był ogień... Widziałam ich Kociarnię. Wejście było zawalone drzewami, które zostały przejęte przez ogień. W środku była... Dymna?! Niestety jej matka, Czerwonopręga była na zewnątrz i teraz próbowała wejść do środka by uratować swoją córkę. Rozpaczliwie przenosiła gałęzie i przypalone konary, ale... Pewnie nie da rady... Reszta Klanu biegała w tą i w tamtą, nie wiedząc kogo pierwszego ratować. Na samym środku leżał Płomienny... Płakał... Nie wiedział co robić.. Co uczynić... Wszędzie był ogień.. Nie było ucieczki...
- Bracie.... - Czułam, że mam łzy w oczach. Osetowa widząc to, machnęła ogonem i wszystko znikło. Znaczy nie.... Byłyśmy na skale... Tam gdzie ostatnio miałam sen. Wtedy kiedy spotkałam Kryształowe Serce.
- Co. To. Było?! - Spytałam roztrzęsiona.
- Przyszłość. Możliwa przyszłość. - Odpowiedziała Osetowa. Przez łzy zauważyłam, że jej ogon lekko się palił.
- Osetowa.... Ogon ci się pali. - Mruknęłam. Ta odwróciła się zdziwiona i kiedy zobaczyła, że jej kitka jest już w połowie zżerana przez ogień, wrzasnęła i zaczęła tak jak Wróbli biegać w kółko, kiedy on został zaatakowany przez pazurki Śnieżnej. Tylko trzy razy szybciej. Nagle zatrzymała się, walnęła się łapą w czoło, wzięła ogon w pyszczek i do połowy go połknęła. Po chwili wypluła już ugaszoną kitkę...
- Zapomniałam, że nic nie może mnie zabić. Przecież już jestem zabita. Zresztą.. To tylko projekcja. - Rzekła Osetowa, kiedy napotkała moje zdumione spojrzenie. - A teraz wracając do snu... Spójrz w dól. Westchnęłam i skierowałam swój wzrok tam, gdzie kocica wskazała łapą.
- Gwiezdny Klanie... - Rzekłam przerażona. Tam na dole już nie było lasu. Było tam Siedlisko Dwunogów... Mnóstwo Siedlisek Dwunogów i ich potwory.... Koszmar!
- Odwróć się i spójrz tam... - Zrobiłam tak jak kazała i zobaczyłam... Las... Pięciokrotnie większy od naszego z pięciokrotną większą zwierzyną i pięciokrotnym miejscem dla Klanu. Widziałam też górę.... Ogromną... Przy niej wodospad... Za nią były jeszcze więcej terenów, niestety na tą odległość nie mogłam określić co tam się znajduje. - To co widzisz to też przyszłość. Przyszłość dla zwycięzców. Dla wgranych. Dla prawdziwych kotów...
- Ale... Co mamy zrobić? Nasze tereny przejmą Dwunogi a my pozostaniemy bez jaskiń, zwierzyny...
- Sami się dowiecie we własnym czasie. Lecz jeśli będziecie zwlekać z tym, dotkną was trzy plagi: ogień, woda a na końcu najgorsze - Dwunogi. A teraz musisz się zająć borsukami, atakują was. Miłego loooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooootuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu! - Krzyknęła a ja o dziwo zapadłam się w ziemię i po chwili widziałam już tylko ciemność...

- Złocista Gwiazdo! Borsuki atakują! - Rzekła Wietrzna Paproć tuż nade mną.
- Wiem. - Rzekłam spokojnie. - Prowadź - Już po chwili stałam razem z innymi kotami i tłukłam borsuka czym się dało... Po chwili zwyciężyliśmy. Nagle przyszedł do mnie Sowie Pióro.
- Widzisz? Jednak mam cela! - powiedział pusząc się z dumy. Nagle moja łapa przeleciała powietrze i walnęła go w głowę. Niestety chyba za mocno go walnęłam bo poczułam ból w łapie i cicho syknęłam.
- Brawo.... Lecz to ja tutaj mam najlepszego cela. - Wyszeptałam i zaczęłam kuśtykać w stronę jaskini, w wejściu stał  mój brat, Cichy... No tak... Boi się borsuków...
- Bracie.. Wszystko dobrze z tą łapa? - Spytałam Płomiennego.

Płomienny? Cichy? c:

5 wrz 2015

Od Płomiennej Gwiazdy

Takiej reakcji się nie spodziewałem. Miałem ochotę z nim porozmawiać, ale wolałem go zostawić samego.
- Co mu się stało? - usłyszałem obok siebie szept i kątem oka zobaczyłem, że to Mgliste Futerko.
- Eh... To raczej długa historia... Sam do końca nie wiem... - odpowiedziałem cicho.
Chwilę panowała cisza. Nagle zza wojowniczki powoli wysunęła się głowa Jastrzębiego.
- Co...
- DŁUGA HISTORIA. - syknąłem.
Kocur już nic więcej nie powiedział.
Nagle obok mnie usiadł Sowie Pióro, a obok niego Ciemny Strumyk.
- Co mu...
- Aaaah! - złapałem się przednimi łapami za głowę. - Błagam, przestańcie...
- Co mu się stało? -zapytały nagle kociaki i myślałem, że eksploduję.
- Eh... Dobra, opowiem wam... Ale chodźcie na zewnątrz. - powiedziałem.
Wyszliśmy i usiedliśmy wszyscy, ja przy tym zapomniałem o łapie i postawiłem ją, ale szybko rozluźniłem, bo mnie bolała.
- To było dosyć dawno. Cicha Gwiazda i Srebrzysta Gwiazda weszli na ten klif, przy którym spotkałem borsuka. Wtedy też tam był. Podczas walki Srebrzysta Gwiazda spadła ze skały, a Cicha Gwiazda... Oberwał w oko i na nie oślepł. Stracił też jedno życie. To było okropnie... Zrozumcie. - powiedziałem.
Wszyscy skinęli łebkami.
- Czyli? Co mu się stało? - zapytał Jastrzębi.
- Nie wierzę... - mruknąłem.
Sowi postanowił wytłumaczyć...
- Dawno, dawno temu, Cichy i Srebrzysta zostali napadnięci przez borsuka, Srebrzysta leciała, Cichy przestał widzieć na jedno oko i stracił życie. - powiedział.
- Aaaa...
- Widzisz? Tak się opowiada. - mruknął medyk patrząc na mnie.
Przewróciłem oczami.
- Okej, kociaki, wracajcie do matek! - powiedziała Ciemny Strumyk.
Małe niechętnie pobiegły.
- Wiemy, jak to jest. Każdy z nas coś takiego przeżył. - odezwała się Mgliste Futerko.
Przypomniałem sobie wujka Deszczowego... Błękitna Łapa poszedł za kociakami.
- Tak właściwie... Co działo się, zanim dołączyliście do klanu? - zaciekawiłem się. - Jeśli nie chcecie, nie mówcie...
Dziwne, ale to Sowie Pióro zaczął mówić.
- Ja... Urodziłem się w lesie... Chyba. Zostałem porzucony. Musiałem radzić sobie sam, więc nauczyłem się leczyć. Któregoś dnia goniło mnie jakieś zwierzę... Jakoś tak się stało, że znalazłem się w klanie. - wspominał na głos.
Goniło go jakieś zwierzę... Ciekawe jakie. Ale nie wiadomo, czy wie, więc wolałem niepotrzebnie nie pytać.
- Moją rodzinę zagryzły psy gdy miałam jakieś 8 księżyców. Od tamtej pory byłam sama i w końcu znalazłam się tutaj. - powiedziała Ciemny Strumyk.
- Długa historia... Opowiem innym razem. - mruknęła Mgliste Futerko.
- Ja pamiętam głównie ciemność, ale wiem, że urodziłem się w lesie. Kiedy dorosłem, ruszyłem w świat, żeby dołączyć do jakiegoś klanu i... Jestem. - Jastrzębia Burza powiedział, przy czym nasłuchiwał. Jego inne zmysły są wyostrzone, skoro jest ślepy. Jednak gdy już ucichł, dalej jego uszy co chwilę drgały.
- Czy... Coś się dzieje? - zaniepokoiła się Ciemny Strumyk.
- Tak... To... Biegnie tu... Borsuk. - ostatnie słowo wypowiedział nieco głośniej i potem wstał szybko, odwracając się w drugą stronę. Popatrzył na krzaki, po czym prędko wskoczył na drzewo. Usłyszeliśmy szelest i poczuliśmy to zwierzę.
- Nie, nie, nie! - jęknąłem.
Próbowałem biec do innych i ich ostrzec, ale przez złamaną łapę nie dałem rady.
Mgliste Futerko jakby czytała mi w myślach i rzuciła się do biegu, krzycząc:
- Borsuk! Borsuk!
Ciekawe, jak zareaguje Cichy...
Po chwili zza krzaków wybiegło zwierzę. Kolejny...
- Szybko, na drzewa! Tam nie zaatakuje! - krzyknęła Ciemny Strumyk i wszyscy tak zrobili, oczywiście oprócz mnie, bo moja łapa nie działała poprawnie.
- Ufff... Jesteśmy bezpieczni... - mruknął z ulgą Sowie Pióro.
- Dzięki za troskę, przyjacielu. - miauknąłem.
Stracę drugie życie tego samego dnia? Jestem całkowicie bezbronny. Nie mogę walczyć, nie mogę się ukryć i nie mogę uciekać. Pomoc nie przybędzie na czas. Zamknąłem oczy, bo wolałem tego nie widzieć. Nagle jednak usłyszałem ryk borsuka.
- Ha! Sowi znów wygrywa! - usłyszałem krzyk kocura. Otworzyłem oczy i zauważyłem, że medyk właśnie tłucze borsuka kamieniami. Po chwili dołączył Jastrzębi. Nawet ja zacząłem brać do pyszczka kamienie i rzucać w zwierzę. Ciemny Strumyk robiła to samo.
Nagle obejrzałem się i zauważyłem, że prawie wszystkie koty za mną stoją.
- No co? Walczymy! - uśmiechnąłem się i znów wróciłem do rzucania kamieniami w borsuka. Wszyscy się dołączyli. Minął moment, a zwierzę uciekło.
Sowi, Jastrzębi, Ciemna i Czerwona zeskoczyli z drzewa.
Zobaczyłem, jak Sowie Pióro podchodzi do Złocistej.
- Widzisz? Jednak mam cela! - powiedział dumnie.
Odwróciłem się w stronę jaskini, w której mamy Zgromadzenia. W wejściu do niej stał Cicha Gwiazda i na mnie patrzył. Nagle usłyszałem cichy syk. Popatrzyłem za siebie. Sowi trzymał się za głowę, a Złocista za przednią łapę. Niestety nie zauważyłem ich wojny.

Ktoś? xD

Od Cichej Gwiazdy

Leżałem spokojnie, skulony gdzieś przy wyjściu, między skałami...lubię kiedy zimny wiatr pieści moje futro, nienawidzę gorąca...aż tu nagle słyszę mojego brata.
- Cóż, nikogo nie obwiniam...oprócz borsuka. - Słysząc nazwę tej czarno-białej kreatury, postawiłem uszy na sztorc, futro na ogonie mi się lekko zjeżyło, oczy otworzyły natychmiast. Uniosłem się lekko na przednie łapy.
- Co? Coś ty powiedział? - Powiedziałem zdumiony prawie szeptem. Brat na mnie spojrzał.
- Borsuk...złamał mi łapę i odebrał życie...
Zerwałem się na równe łapy strosząc futro na grzbiecie.
- Jest jeden, czy jest ich więcej? - Chyba pierwszy raz, jako przywódca, miałem w tonie głosu nutę strachu...a raczej przerażenia...
- Czułem tam tylko jednego...
- Gdzie?! - "Krzyknąłem szeptem". Oczy zaszkliły mi się od łez.
- Na polonie, tam gdzie jest klif... - Płomienny lekko stulił uszy i przycupnął, wyraźnie zdziwiony tym, że płaczę. Widząc jego reakcje, natychmiast otarłem łzy.
- M-muszę wysłać tam patrol... - Myślałem na głos łamiącym się tonem. Podkuliłem ogon kuląc się w kącie. Wszyscy którzy akurat nie spali spojrzeli na mnie mocno zaskoczeni. W końcu nie wytrzymałem, i syknąłem ze łzami w oczach. - Co się tak patrzycie?! N-nie ma tu nic ciekawego do oglądania!
Spojrzeli na mnie ze współczuciem, a po chwili odwrócili wzrok. Położyłem się między paprociami w kącie, co chwila turlając się z boku na bok. Dotknąłem łapą mojej blizny przecinającej lewe oko. Poczułem na swojej łapie łzy. Faktycznie...płakałem... Schowałem pysk między łapy odwracając się do wszystkich, którzy wciąż na mnie patrzyli.


Ktośki...? Doprowadziliście Cichego do płaczu, no nie wierzę ;-;

Od Płomiennej Gwiazdy

Rozmawiałem ze Srebrzystą, ale nagle podbiegła do mnie zrozpaczona Czerwonopręga.
- Dymna, ona... Nagle stąd wybiegła i... Nie wiem, gdzie jest! - powiedziała.
Skinąłem łebkiem i wybiegłem na zewnątrz. Matka stanęła obok mnie i zaczęła węszyć. 
- Tędy! - krzyknęła i pobiegliśmy. Czułem tę małą kotkę, ale po chwili też coś innego... Borsuk!
Po chwili zobaczyliśmy to zwierzę powoli zbliżające się do przestraszonego kociaka. Nie mieliśmy czasu na stanie. Skoczyłem na borsuka i wbiłem mu pazury w kark, po czym go ugryzłem. Czerwonopręga wgryzła mu się w przednią łapę. On jednak uderzył kotkę drugą łapą i puściła go. Potem znów zaatakowała. Drapałem zwierzę coraz mocniej.
- Czerwonopręga, weź Dymną i wracaj! - krzyknąłem.
- Nie mogę cię zostawić!
- To nie była prośba! Weź kociaka i uciekaj! - rozkazałem.
Zrobiła tak. Po chwili już nie było jej i Dymnej. Dalej trzymałem się na grzbiecie borsuka, który próbował mnie dosięgnąć kłami i łapami. Nagle zwierzę złapało mnie za łapę i zrzuciło. Spadłem na przednią łapę i poczułem okropny ból. Tak, była złamana, a ja pewny, że zginę.
- Mam jeszcze wszystkie życia... - mruknąłem.
Borsuk podniósł łapę, uderzył i...
Odleciałem na bok chyba długość lisa, a potem się poturlałem. Nie miałem siły wstać, a głęboka rana na moim barku bardzo krwawiła. Borsuk zaczął się do mnie zbliżać i wtedy... Prosto w jego oko trafił patyk.
- Ha! - usłyszałem głos... Sowiego Pióra?! - Teraz to mogę walczyć ze Złocistą Gwiazdą!
- Sowi, ty atakujesz od tyłu, ja od przodu. - rozkazała Mgliste Futerko.
- Zostanę tutaj i zaatakuję od boku. - dodała Ciemny Strumyk.
Klan ratuje mnie w potrzebie.
Mglista stanęła przed zwierzęciem, Sowi za, Ciemna obok, a Błękitny z drugiego boku. Otoczyli go. Ja jednak czułem, że umieram... Rana jest zbyt głęboka... Wszystko rozmazało się akurat, kiedy wszyscy w tym samym momencie skoczyli na borsuka...

Otworzyłem oczy. Pierwsze, co zobaczyłem, to pyszczek mojego wujka.
- Deszczowy! - uśmiechnąłem się na jego widok.
- Witaj, Płomyk.
Popatrzyłem na bark, na którym nie było ran, ale trzy, mało widoczne blizny. Tak, nie przeżyłem ataku borsuka. Znów spotkałem swojego wujka! To było niesamowite.
- Zginąłem... Heh... Moja pierwsza śmierć... - mruknąłem.
- W tym życiu daję ci wyrozumiałość.
Zetknęliśmy się nosami i...

Otworzyłem oczy.
- No wiesz co? Przegapiłeś całą walkę! - powiedział Błękitna Łapa.
Dalej byliśmy w tamtym miejscu, przy zwłokach borsuka.
- Żyjesz? - zapyta Ciemny Strumyk.
- Tak... I... Nie... - powiedziałem.
- Straciłeś życie? - domyśliła się Mgliste Futerko.
- Tak... - mruknąłem.
Popatrzyłem na swoją dalej bardzo bolącą łapę. Była opatrzona i unieruchomiona z pomocą patyka i innych takich.
- Dlaczego tu przyszliście? Przecież to niebezpieczne. Mogliście zginąć, a ja przynajmniej mam kilka żyć.
- Kiedy Czerwonopręga powiedziała nam, że tu zostałeś, przecież nie mogliśmy cię zostawić. - powiedział ktoś i zorientowałem się, że to był Jastrzębia Burza.
Sowie Pióro i Błękitna Łapa pomogli mi wstać. Do miejsca Zgromadzenia doszedłem sam. Potem położyłem się, uważając na dalej bolącą łapę. Miałem nadzieję, że szybko się zagoi.
- O nie, co się stało? Przepraszam, to moja wina! Mogłam lepiej pilnować Dymną! - podbiegła do mnie Czerwonopręga.
- Ej, spokojnie... Spokojnie... - po chwili się uciszyła - Nikogo nie obwiniam... Oprócz borsuka.

Ktoś? c: