31 sie 2015

Od Błękitnej Łapy

Odkąd włóczęga zabił Szarą Mordkę, nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Wszystko stało się mroczne, ponure, inne... Jednak coś się zmieniło. Mam nową mistrzynię. Mgliste Futerko. Dotąd raczej z nią nie rozmawiałem, że chyba działo się coś takiego, że musiałem. Wydawała mi się być taka... Niemiła. Jednak kiedy wyszliśmy rano na trening, była miła. Zatrzymaliśmy się na polanie.
- Wiesz już, jak polować? - zapytała.
- Tak. - powiedziałem.
Skinęła łebkiem.
- A walczyć?
- Jeszcze nie. - odpowiedziałem.
Od zawsze marzę o walczeniu, mimo tego, że jestem terminatorem, chcę wreszcie poczuć się jak wojownik.
Wojowniczka nauczyła mnie najprostszych sposobów jak przewrócić wroga, który będzie cię przygniatał do ziemi, oraz jak unikać ataków. Pochwaliła mnie. Byłem z siebie dumny.
- A teraz - mówiła - przewróć mnie.
Odbiłem się od ziemi, już prawie ją przewróciłem, ale w ostatniej chwili odskoczyła, a ja poleciałem na pyszczek. Kiedy się podniosłem, byłem cały w ziemi. Otrzepałem się.
- Spróbuj jeszcze raz.
Nie miałem już na to ochoty, ale musiałem. Trzeba się uczyć także walki, by zostać prawdziwym wojownikiem. Zacząłem biegać wokół kotki, aż była zdezorientowana, a będąc za nią, skoczyłem jej na kark. Lekko, żeby nie ugryźć jej do krwi, złapałem ją zębami za kark i przewróciłem.
Później pozwoliłem jej wstać.
- Dobra robota, Błękitna Łapo! - powiedziała. - Na dzisiaj wystarczy. Jutro sprawdzę, jak polujesz. A teraz wracajmy do obozu.
Poszliśmy tam.
Na stosie zdobyczy nie było nic. Poczułem głód. Westchnąłem.
Zawróciłem.
- Gdzie idziesz? - zapytała Mgliste Futerko.
- Zapolować. - powiedziałem.
Skinęła łebkiem.

Próbowałem coś upolować. Szedłem granicą pomiędzy Klanem Świtu i Klanem Dnia. Nagle usłyszałem szelest. Byłem pewien, że to zdobycz, ale zamiast tego ujrzałem rudą kotkę. Czułem, że jest z Klanu Dnia.
Tylko nie to! Teraz będę musiał z nią rozmawiać...
Popatrzyła na mnie zdziwiona, a ja odwróciłem wzrok.
- Ty jesteś Błękitna Łapa? - zapytała.
Skinąłem łebkiem, mówiąc:
- Tak. A ty?
- Wiewiórcza Łapa.
Mimo tego, że rozmawialiśmy, każdy był na swoim terytorium.

Wiewiórcza?

Od Złocistej Gwiazdy

- Złocista Gwiazdo! - Usłyszałam za sobą głos Wiewiórczej Łapy. Że co jak?
- Gdzie Cichy Gwiazda?! - Odwróciłam się kiedy zobaczyłam Wiewiórczą z Wietrzną Paproć.
- W swoim Obozie. Pomogłyśmy na tyle ile się dało. - Rzekła Medyczka.
- Odwiedzę go. A wy wracajcie do Obozu. Robi się późno. - Mówiąc to spojrzałam na słońce które dotykało już swoimi promieniami korony drzew. Medyczka z córką bez słowa zawróciły. A ja tak jak przed chwilą ruszyłam do Obozu brata. Nie spotykając oporu wkroczyłam do Obozu i od razu po zapachu weszłam w jakąś jaskinię. Zobaczyłam tam brata oraz Medyka jego Klanu.... Czerwonego Liścia chyba... Skinęłam lekko głową kiedy mnie zauważyli.
- Dobry wieczór, można? I jak, znaleźliście kociaki? I jak się czujesz bracie? - Rzuciłam z siebie te trzy pytania nie pozwalając im dojść do słowa.
- Tak. Kociaki są już bezpieczne w Kociarni. A co do mnie... straciłem jedno życie. W tym życiu, mój mistrz, Borsucze Serce, podarował mi Odwagę. - Odrzekł spokojnie Cicha Gwiazda.
- Ten stary zrzęda? - Widząc naburmuszonego brata trudno się nie zaśmiać. - Ale do rzeczy. Musimy pozbyć się tego włóczęgi. Może pozabijać nasze kociaki.
- Tak.
- Ale o tym porozmawiamy jutro. Jutro pierwsze klanowe Zgromadzenie, pamiętasz?
- Oczywiście że tak! Mam nadzieję, że Płomienny pamięta...
- O tym przekonamy się dopiero jutro. Dobranoc. - Kiwnęłam na pożegnanie głową i już po paru chwilach byłam całkiem daleko od Obozu. Podróż minęła mi całkiem dobrze i krótko. Dopiero przed wejściem do Obozu poczułam jakiś niepokojący zapach...
Do Obozu wtargnął Włóczęga!
Poczułam jak moje futro stanęło dęba i sycząc wściekle wbiegłam do Obozu. Zapach zaprowadził mnie aż pod Kociarnię. Nagle usłyszałam piski kociąt a tuż po chwili z wejścia do jaskini wyszedł kocur... I trzymał w pyszczku Kruczkę! Kiedy mnie zauważył położył delikatnie czarną kotkę na ziemi i po chwili powiedział sycząc.
- Jeśli zrobisz chociaż jeden krok, to zabiję małą. - Mówiąc to wysunął pazury i niebezpiecznie blisko położył łapę koło małej.
- Wiesz że nie wygrasz z nami. To tereny naszych Klanów i nie pozwolimy komuś takiemu jak ty je nam sobie odebrać! - Syczałam wściekła. Gdzie Słoneczna? Gdzie Wiewiórcza? I GDZIE JEST WRÓBLI?!
- Czyżby? Nie jest was zbyt wielu. Jesteście słabi i głupi zarazem... Wygram. - Kocur wyszczerzył się jakby sądził że już wygrał. Zasyczałam zastanawiając się czy przypadkiem nie rzucić się na kocura. Ale wtedy mała może dostać.... Nagle usłyszałam przeraźliwe wycie i w ciemnościach zobaczyłam czyjąś sylwetkę z wielką głową i rogami. To ''coś'' rzuciło się na zdębiałego włóczęgę i szybując w ciemnościach z hukiem walnęli o ziemię.
- Zabierzcie to ode mnie! - Wykrzyczał kocur. Podeszłam bo z tej odległości zbyt wiele nie mogłam zobaczyć. Kiedy zaczęłam rozróżniać w ciemnościach kontury ich ciał zobaczyłam coś całkiem normalnego.... Włóczęga cały we krwi był przyszpilony przez pieniek który w ciemnościach wyglądał jak wielka głowa z rogami... A obok drapiąc się jak pies za uchem siedział nikt inny jak... Wróbli!!
- Mmmm.. Pyszna ta kora... Mniam, mniam.... - Mruknął Wróbli nie przerywając czynności.
- Zabierzcie mnie od tego wariata, błagam! - Ryknął kocur starając się wydostać spod sterty kory i korzeni.
- Spokojnie. Nic ci nie zrobi.. Chyba... - Wysyczałam starając się, żeby moje futro wróciło na swoje miejsce. - Wróbli, może jesteś idiotą, ale za to idiotą o wielkim sercu i.... Głupiej odwadze.
- Co? - Spytał się Wróbli i zauważając kocura spytał. - A co on tam robi? Szuka kości? - Wywróciłam oczami i nagle za sobą usłyszałam czyjeś sapanie. Zauważając rudy ogon wiedziałam już kto to.
- Wiewiórcza Łapo! Wytłumacz mi co twój braciszek robił przez ostatnią godzinę. - Rzekłam sadowiąc się obok włóczęgi. Terminatorka jeszcze chwilę nie mogła złapać oddech, ale po chwili wyprostowała się i zaczęła.
- Otóż.... Razem z bratem poszliśmy sprawdzać tereny z tyłu Obozu. Po jakimś czasie Wróbli Płomień chciał odpocząć i nie zauważając mrowisko pod sobą usadowił się właśnie tam. Nagle krzyknął, pisnął i wrzasnął i już po chwili biegł na oślep. Nie zdążyłam nawet go dogonić. Po jakimś czasie brat trochę się uspokoił i zaczął sobie tył drapać korą drzewa. Nie zauważył, że właśnie obok miał dziuplę, a w niej ul pszczół.. No i wsadził w tą dziuplę swój pogryziony przez mrówki tyłek. Myślałam że głośniej wrzeszczeć nie potrafi, ale się myliłam... Wreszcie Wróbli wyciągnął z dziupli swoje siedzenie. Całe w miodzie a za nim leciał rój pszczół... W czasie ucieczki Wróbli potknął się o wystający korzeń i nie wiem jak, ale głową trafił na spróchniały pieniek. Utknął, więc wyciągnął z ziemi pień i wrzeszcząc pobiegł w kierunku Obozu... Resztę już znacie....
- Jesteście nienormalni! I przez tego bałwana straciłem wzrok! - Znowu ryknął kocur pod stertą drewna.
- Nie... To po prostu jest nasz Klan. Jesteśmy pozytywnie nienormalni. Czyli dla naszego wroga oznacza to piekło.
- Proszę, zabijcie mnie!
- Z miłą chęcią.... - Rzekł jakiś głos za nami... Okazało się, że to był mój brat, Cicha Gwiazda.
- Bracie... Od kiedy tutaj jesteś? - Spytałam patrząc to na gryzącego się po siedzeniu wojownika, to na przyszpilonego przez stertę drewna kocura, to na moje brata...
- Od początku Cię śledziłem.....
- I co? Chcesz go zabić?! - Spytałam bo jakoś nie za bardzo chciałam tego zobaczyć....
- A ty nie chcesz? - Spytał zdumiony.
- Nie. Jest ślepy i już nam nie zagraża. - Rzekłam po chwili namysłu.
- Ale zabił naszą wojowniczkę i o mało co nie zabił kociąt! Zasługuje na śmierć! - Krzyknął oburzony Cicha Gwiazda. Spojrzałam w stronę Kociarni gdzie Słoneczna Kita z poranionym pyszczkiem lizała przerażoną i również lekko krwawiącą Kruczkę. Reszta jej rodzeństwa siedziała niedaleko a obok nich stała Wietrzna Paproć sprawdzając łapkę Kwarczka.
- Ustalimy to na jutrzejszym Zgromadzeniu. Teraz zajmiemy się nim. Do jutra jest jeńcem Klanu Dnia. Dobrze?

Ktoś? Płomienny? Cichy? .3.

Od Płomiennej Gwiazdy

Kiedy obudziłem się rano, było prawie całkiem ciemno. Wstałem i zorientowałem się, że w ziemi jest lekkie wgłębienie po mnie. Mgliste Futerko mocno mnie wczoraj uderzyła, prawie dziurę w obozie zrobiłem. Wszyscy jeszcze spali. Kiedy się obudzili ogłosiłem coś...
- Od jakiegoś czasu Błękitna Łapa nie ma mistrza. Potrzebujemy wojowników, więc od teraz tego terminatora będzie uczyć Mgliste Futerko. - powiedziałem.
Koty zetknęły się nosami.

Dzień zapowiadał się normalnie, ale okazało się, że nie będzie taki, jak inne. Postanowiłem pójść do lasu, żeby pomóc Sowiemu nazbierać roślin. Przez całą drogę tłumaczył mi, jak wygląda ta, której szukamy. Nie zapamiętałem wiele, ale udało nam się sporo uzbierać. Nagle poczułem krew.
- Sowie Pióro, dasz radę wrócić z tym sam to obozu? - zapytałem.
- Jhnejedaae... - mruknął z zapchanym pyszczkiem roślinami tak, że nic nie zrozumiałem.
- Załóżmy, że to oznacza ,,tak''... - powiedziałem i nie czekając na jego odpowiedź, na pewno także wypowiedzianą w ten sam sposób, ruszyłem za zapachem krwi.
Z każdą sekundą stawał się coraz mocniejszy, aż dobiegłem na miejsce. Nie byłem już na swoim terytorium. Na trawie była wielka kałuża krwi. Poczułem też włóczęgę i... Mojego brata?
Okej, okej, pomyślmy... Zginął tu albo włóczęga, albo Cicha Gwiazda. Ale w tym problem, że gdyby zginął włóczęga, nikt nie zabrałby jego ciała... Więc... Mój brat...
Ruszyłem do obozu Klanu Zmierzchu.
Tuż przed wejściem zatrzymałem się. Zaglądnąłem tam.
Nie widziałem Cichej Gwiazdy.
Odwróciwszy się, poczułem go kawałek dalej.
Pobiegłem tam.
Zobaczyłem medyka z Klanu Zmierzchu opatrującego rany mojego brata. Usiadłem tam, gdzie stałem wcześniej. Kocur po chwili mnie poczuł i odwrócił się w moim kierunku.
Skinąłem łebkiem na znak, że nie zaatakuję. 
Medyk wrócił do opatrywania ran przywódcy.
- C-co...? – podniósł się.
- Leż, Cicha Gwiazdo. – powiedział medyk.
- Co się stało?
- ......byłeś w łapach Gwiezdnego Klanu...straciłeś jedno życie, racja?
- Tak...w tym życiu, mój mistrz, Borsucze Serce, podarował mi Odwagę. – mówił kocur.
- Przyda się. – odezwałem się.
- Płomienna Gwiazda? – Obrócił się w moją stronę.
Uśmiechnąłem się.
- Ehhh... Co tutaj robisz? - zapytał.
- Szukam mordercy. - mruknąłem. - Widzę, że z nim walczyłeś. Kto wygrał?
- Gdybym wygrał, włóczęga by mnie zabił? - Cicha Gwiazda zrobił zirytowaną minę.
- Aaa... No w zasadzie to logiczne...
Mój brat mruknął coś pod nosem.
Nagle jego oczy zrobiły się okrągłe.
- KOCIĘTA!
- Kocięta? Nie mówiłeś, że masz kocięta! - zdziwiłem się.
- Nie takie kocięta!
- Czyli ich nie kochasz?
- Aaaahhh... Mój mózg... Jak to możliwe, że jesteśmy rodzeństwem?!
- Naszą matkę zapytaj, skąd pewność, że jesteśmy braćmi? A... Się urodziliśmy...
- Jak zginiesz, życzę ci, aby nasza matka dała ci w następnym życiu mądrość... - powiedział Cichy - Ale to się nigdy nie zdarzy, bo w twoim mózgu nie ma na to miejsca.
Już chciałem odpowiedzieć, ale zorientowaliśmy się, że medyk cały czas się nam przygląda.
Siedział nieruchomo i patrzył na nas ze zdziwieniem.
- Em... Więc ten... Jakie kociaki? - popatrzyłem na brata.
- W dziupli, w wierzbie, nad strumieniem. - powiedział.
Skinąłem łebkiem.
Zostawiłem brata i pobiegłem w tamto miejsce.
- Wierzba... - szybko zobaczyłem drzewo i dziuplę - Mam was...
Potruchtałem tam.
Zajrzałem do dziupli. Ale kociaków... Nie było.
- Co jest... - mruknąłem.
Usłyszałem piski maluchów.
Dochodziły z wysokiej trawy obok...
Popatrzyłem tam. Na całe szczęście, trójka kociąt leżała obok siebie. Włóczęga specjalnie je tam schował, czy cwaniaki jakoś tam się poturlały.
- Wolę się nie dowiedzieć, jak tu przyszłyście z tej dziupli. - szepnąłem.
Wziąłem dwa maluchy na grzbiet, a jednego do pyszczka.
Musiałem jak najszybciej zanieść je do ich matki. Przez całą drogę starałem się iść tak, żeby dwa kociaki nie spadły na ziemie. Udało się. Powoli wszedłem do obozu Klanu Zmierzchu. Tam był już Cicha Gwiazda. Pokazał mi łapą, gdzie jest kociarnia.
Poszedłem tam i zobaczyłem matkę, z opatrzonymi ranami, pewnie po ataku włóczęgi. Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. Nie wiem, czy bardziej chciała od razu zabrać kociaki, czy mnie zamordować. Tak, nagle do kociarni wbiega włóczęga i morderca, próbuje ją zabić, zabiera kocięta, a potem jej potomstwo przynosi przywódca wrogiego klanu. Ciekawe.
Położyłem wszystkie kociaki przed nią.
- Są całe i zdrowe. - powiedziałem i wyszedłem z kociarni.
Podszedłem do brata.
- Więc... Nie daj się znów zabić. - uśmiechnąłem się i wybiegłem z obozu.
Biegłem, znalazłem się na swoim terytorium.
Zaraz, zaraz...
Gdzie teraz jest włóczęga? Odwróciłem się natychmiast, będąc pewnym, że morderca stoi tuż za mną, ale nikogo tam nie było. Powoli robiło się ciemno. Rozglądnąłem się. Niby wroga nie było, ale... Czułem, że tu jest. Że na mnie patrzy. Czeka, żeby skoczyć i mnie zabić.
Wróciłem do obozu, gdzie od razu położyłem się w legowisku i zasnąłem...

Ktoś?

Od Cichej Gwiazdy

Nie widziałem nic, nic nie czułem, nic nie słyszałem...w jednej chwili w okół siebie zobaczyłem mnóstwo gwiazd. Nocny las, ale jednak niewiarygodnie jasny. Po chwili przede mną pojawił się duch...trafiłem do Gwiezdnego Klanu. Poznałem tego ducha...to był mój mistrz, Borsucze Serce, uczył mnie gdy byłem młody. Utopił się w rzecze...
- Witaj w Gwiezdnym Klanie, Cicha Gwiazdo.
- Dziękuje, Borsucze Serce. - Pochyliłem głowę.
- Cóż, umarłeś...i to w dość tragiczny sposób. Wykrwawiłeś się, mimo prób medyka. Ale to dopiero twoje pierwsze z dziewięciu żyć. - Podszedł do mnie bliżej i zetknęliśmy się nosami. - W tym życiu, daje ci Odwagę. Wykorzystaj ją dobrze.
Ciarki przeszły mi po plecach, automatycznie wysunąłem pazury i nastroszyłem sierść. Po chwili jednak sierść się wygładziła a pazury zostały schowane.
- Wracaj do domu, Cicha Gwiazdo... - Dotknął nosem mojego czoła i...rozpłynął się.

Wróciłem na ziemię. Na karku miałem bandaż z pajęczyny.
- C-co...? - Podniosłem się na przednie łapy.
- Leż, Cicha Gwiazdo. - Usłyszałem głos medyka i poczułem jego dotyk na barku.
- Co się stało?
- ......byłeś w łapach Gwiezdnego Klanu...straciłeś jedno życie, racja?
- Tak...w tym życiu, mój mistrz, Borsucze Serce, podarował mi Odwagę.
- Przyda się. - Usłyszałem nagle głos mojego brata.
- Płomienna Gwiazda? - Obróciłem głowę w stronę rudego kota.
On tylko uśmiechnął się i przechylił głowę. Spojrzałem na niego jak na mysiego móżdżka którym był.

Płomienny? .3.

30 sie 2015

Od Złocistej Gwiazdy

Weszłam do Obozu z ptakiem, nornicą i myszą. Miałam taką chętkę na polowanie, że hej... Zostawiłam swoje łupy na całkiem sporej stercie innych zdobyczy. Nie próżnuje Klan... Kiedy chciałam już wejść do legowiska Medyka i zobaczyć jak się miewa ranny zostałam zatrzymana przez swoją terminatorkę.
- Co się stało? - Spytałam kiedy zdyszana Wiewiórcza Łapa wpadła na mnie. Dosłownie jak i w przenośni.
- Cicha Gwiazda... Na naszym terenie.. Ranny! - Czułam, że zaraz eksploduję z tego wszystkiego.. Najpierw Dębowa Dusza, teraz brat.. Jeśli to też sprawka tego włóczęgi, to niech się już pożegna z życiem.
- Zawołaj Wietrzną Paproć, ja pójdę zobaczyć co z bratem. - Wystrzeliłam z Obozu i dopiero będąc już całkiem daleko od Obozu, przypomniałam sobie, że nie wiem gdzie on się znajduje.
Ale od czego ma się węch...
Uniosłam głowę i po chwili do moich nozdrzy doszedł świeży zapach krwi, brata i.... Włóczęgi.... Pobiegłam za śladem zapachu i już po chwili zobaczyłam brata... Ale nie na naszym terenie... Wiewiórcza chyba nadal nie może zrozumieć gdzie dokładnie jest granica między Klanami. Nieważne....
- Bracie?! - Krzyknęłam i podeszłam do niego. Ten otworzył jedno oczy kiedy go ''delikatnie'' potrząsnęłam.
- Kociaki...w dziupli...w wierzbie, nad strumieniem... - Rzekł a po chwili znowu zemdlał. Nadal krwawił. Gdzie ten Medyk?! Nagle usłyszałam jak ktoś się z naszego Obozu dobija przez krzaki.
- Tylko ich nie pogub! - Rzekła Wietrzna Paproć i po chwil wyszła z krzaków. Tuż za nią wyszła terminatorka. Miała cały pyszczek zapchany różnymi ziołami.
- Umpufpufwum! - Mruknęła Wiewiórcza Łapa i po chwili wypluła z pyszczka wszelakie zielsko. - Ohyda...
- Nie marudź, tylko mi pomóż. - Rzekła ostrym tonem Medyczka. Po cichu zrobiłam parę kroków do tyłu i już po chwil biegłam do Obozu Klanu Zmierzchu. Weszłam do Obozu i bezceremonialnie krzyknęłam.
- Halo! - Jak na zawoła nie wybiegła mi jakiś kot, chyba Medyk tego Klanu...
- Co się dzieje? I czemu jesteś na naszym terytorium?! - Syknął kocur. - Och, to ty Złocista Gwiazdo...?
- Wystarczy tych pytań! Cicha Gwiazda jest ranny, znajdziesz go między naszymi granicami. Trawisz po zapachu. Nasza Medyczka już się nim zajęła. - Rzekłam kiedy Czerwony Liść chciał już biec do swojego przywódcy. - Lepiej zajmij się kociętami. Są w dziupli nad strumieniem. - Rzekłam i wybiegłam bo przypomniałam sobie coś...
Mój Klan pozostał bez wojowników! Znaczy był Wróbli, ale on nie może jednocześnie zajmować się rannym a Słoneczną z potomstwem(czyt. on się nie liczy!). Po paru minutach biegu weszłam wejściem do Obozu, a tam zobaczyłam dość dziwny widok... Wróbli biegał w kółko po środku obozu wrzeszcząc jeszcze gorzej niż kiedy śpiewa. Przed wejściem do Kociarni stała Słoneczna Kita i coś wrzeszczała do Wróblego. Po chwili moje uszy zaczęły słyszeć jeszcze trzeci głosik... Była to Śnieżka, która uczepiła się ogona wojownika. Stąd ten cały cyrk. Nagle zobaczyłam jak biała kulka puszcza się i leci z prędkością 300/kl na trawę. Ja i Słoneczna zaczęłyśmy piszczeć ze strachu. Jeśli chociaż jeden kłaczek spadnie z małej, to Wróbli może się pożegnać z imieniem wojownika! Kiedy mała spadła, Słoneczna i ja podbiegłyśmy do niej.
Nic się jej nie stało.
Po za tym, że płakała zszokowana. Nagle dotarło do mnie że zrobiło się cicho... Wróbli ''przez przypadek'' wpadł na ścianę Kociarni i zemdlał.
- Cii... Mama jest obok ciebie. Już nie pozwolę żeby stała ci się krzywda. - Rzekła Słoneczna Kita do swojej córeczki. - A z Wróblim później sobie porozmawiam. - Syknęłam rozzłoszczona matka.
- Wiesz, że to nic raczej nie da? - Mruknęłam. Nagle Wróbli wstał i zaczął śpiewać.
- Była raz se Klówka, Klówka! A to była ciągutka, ta Klówka! - Śnieżka zaczęła się śmiać kiedy Wróbli zaczął śpiewać... Czyżby to robił specjalnie żeby mała nie płakała? - A ta Klówka, Klówka! Zjadła palapetówkę! I znalazła w nosie mlówkę! I koniec! - Wróbli ukłonił się, a mała aż podskoczyła i piszczała z zachwytu. Reszta jej rodzeństwa wypełzła z Kociarni i rozradowane piszczały. Obie popatrzyłyśmy na siebie i obie również tak samo byłyśmy zdziwione...
- Ok... Wróbli, Słoneczna, pilnujcie kociaków a ja zobaczę co z Dziad... Dębową Duszą. Albo nie. Słoneczna, zajmij się kociakami. Wróbli, pilnuj Dębową Duszę i co chwila sprawdzaj cały Obóz czy nie ma tutaj Włóczęgi. Ja zobaczę co z bratem i kociakami. Po tych słowach wyszłam, zostawiając ich samych. Teraz biegiem do nich..

Cichy? Jak u ciebie? .3. Możesz napisać Czerwonym lub też Jasną.... Lub nawet którymś z kociaków. xD

Od Cichej Gwiazdy

- Cicha Gwiazdo. - Zastrzygłem uchem słysząc głos zastępczyni. Nie wstawałem jednak, poruszyłem jedynie barkami. - Cicha Gwiazdo, obudź się.
- Nie spałem. - Odpowiedziałem z wciąż zamkniętymi oczami. - O co chodzi?
- Nie wiem, jak ci to powiedzieć...
- Spróbuj.
- Uhhm...Płomienna Gwiazda...chciałby się z tobą widzieć...
W jednej chwili się podniosłem słysząc imię mego brata.
- Jest tutaj?
- Czeka przed wejściem do obozu.
- Hm...niech wejdzie.
Powolnym krokiem wyszedłem z legowiska. Jasna Paproć w kilka chwil była przy wejściu do obozu, a po chwili u jej boku na polane wszedł rudy kocur.
- Płomienna Gwiazdo. - Pochyliłem z szacunkiem głowę, mój brat również. Wskazałem nosem na moje legowisko, tam też się udaliśmy. Ułożyłem się na mchu i spojrzałem Płomiennej Gwieździe w oczy. - A więc? Co cię tu sprowadza?
- Ten włóczęga który ostatnio mnie zaatakował...
- Ten którego przegnałem?
- Tak, dokładnie ten. On...zabił jedną z moich wojowniczek, matkę młodego terminatora.
- Przykro mi z tego powodu. - Machnąłem ogonem mrużąc oczy. - Jednak przejdźmy do rzeczy, po co tu przeszedłeś?
- Prosić cię o pomoc. Chciałbym aby ty i twoi wojownicy przegnali go z naszych terenów...
- Czemu prosisz o to akurat mnie?
- Ostatnim razem prawie go zabiłeś...wydaje mi się, że czuje przed tobą strach.
- Przede mną?
- Tak...
- Rozważę to bracie, lecz nic nie mogę ci obiecać. - Rzekłem niewzruszonym tonem podnosząc się z legowiska na przednie łapy. - A teraz idź.
- Dziękuje Cicha Gwiazdo...
Sprężystym krokiem odszedł, minę miał trochę smutną, ale oczy pełne nadziei.
- Co zamierzasz zrobić? - Machnąłem nerwowo koniuszkiem ogona słysząc głos Jasnej Paproci.
- Musimy przepędzić tą szarą kupę kłaków. Póki kręci się w pobliżu, młode nie są bezpieczne, a nie chodzi tu tylko o nasz Klan. Z tego co słyszałem, w Klanie Dnia urodziła się piątka kociaków. - Momentalnie odwróciłem wzrok w stronę brązowawej kotki. - A póki ten włóczęga chodzi po naszych terenach, żadne kocięta nie są bezpieczne.
Skinęła porozumiewawczo głową. Nagle jej wąsy zadrgały, zaczęła węszyć i nasłuchiwać.
- Co się dzieje? Czujesz coś?
- Czy to nie zapach tego samotnika? - Powiedziała nerwowo. Źrenica w lewym oku zmniejszyła się momentalnie. Wciągnąłem powietrze w płuca.
- To on! To ścierwo gdzieś tu jest! - Zerwałem się na równe łapy. - Biegnij do kociarni, pilnuj Srebrnego Serca, nie pozwól nikomu do niej podejść!
W oczach zastępczyni dostrzegłem strach, raptownie jednak odwróciła wzrok i zrywając się z miejsca sprintem popędziła do kociarni. Za sobą usłyszałem kroki medyka.
- Cicha Gwiazdo, co się dzieje?
- Czerwony Liściu - obróciłem się w stronę uzdrowiciela. - miej medykamenty w gotowości.
- A-ale co się dzieje?
- Wszystko powiem ci później.
Spojrzał na mnie pytająco, ale nie zamierzał zadawać więcej pytań, odszedł do legowiska szybkim krokiem. W zaroślach coś zaszeleściło.
- Pokaż się szare ścierwo. - Syknąłem podchodząc bliżej. - Wiem że tam jesteś, wyłaź tchórzu!
Moja cierpliwość się wyczerpała. Wskoczyłem w krzaki, tam go jednak nie było.
- W Mordę Wrony!
Pobiegłem do kociarni. Echem po jaskini odbijał się płacz przerażonych kociąt. Pobiegłem do legowiska Srebrnego Serca. Kociaków tam nie było, Jasna Paproć leżała nieprzytomna. Srebrne Serce była ranna, nie mogła się ruszyć.
- GDZIE ON JEST?!
- W-wybiegł drugim wejściem... - Wyszlochała młoda matka. - Zabrał kociaki...wszystkie trzy...
Wybiegłem z kociarni wzrokiem szukając złodzieja.
- Czerwony Liściu! - Natychmiast wybiegł ze swojej nory z pajęczyną i jakimiś ziołami. - Leć do kociarni, Srebrne Serce jest ranna!
Nic nie mówiąc zniknął w jaskini. Ja węszyłem za włóczęgą, jednocześnie nasłuchując pisków kociaków. Nagle znikąd, z drzewa nade mną spadł jak grom z jasnego nieba koci bandzior. Przygniótł mnie do ziemi warcząc.
- GDZIE SĄ KOCIĘTA?! - Fuknąłem pod pazurami przeciwnika wbitymi w mój kark.
- Myślisz że ci powiem!?
Warknąłem cicho pod nosem. Po chwili jednak ciche, prawie niesłyszalne warknięcie zamieniło się w dziki syk. Zebrałem w sobie wszystkie siły i wyskoczyłem w powietrze. Kocur jednak wciąż był uczepiony mojego grzbietu. Jednym potężnym walnięciem łapy w pysk odrzuciłem go dwie długości lisa dalej. Wysunięte pazury miałem zachlapane jego krwią, która co chwile spadała na ziemię, tworząc na piachu mokre, szkarłatne cętki. Spojrzałem na szarego kota. Z jego mordki lała się krew, oberwał prosto w pysk. Nie otwierając oczy, próbował się podnieść. Podszedłem jednak do niego. Nie zważając na zlepiającą futro krew spływającą po mojej łapie, przyszpiliłem go do ziemi.
- Mam już dość uganiania się za tobą po naszych terenach. Gdzie są kocięta, gadaj.
- Ngh...nie myśl nawet że się dowiesz...
- GADAJ! - Wbiłem pazury w jego bok. - Póki chcę rozmawiać!
- Urgh...w dziupli...w wierzbie, nad strumieniem...całe i bezpieczne...
Schowałem pazury. Pozwoliłem mu się podnieść, wtedy walnąłem go łapą w krwawiący bok.
- Wynocha. - Stał chwilę jak sparaliżowany, wpatrzony we mnie.
- Nie zabijesz mnie...?
- Wynoś się póki możesz. Drugiej szansy nie dostaniesz.
Warknął jakieś przekleństwo pod nosem i kulejąc zaczął iść w stronę wyjścia.
- I nie waż się wracać!
- Następnym razem rozszarpie cię na--!
- Jeżeli jeszcze raz postawisz łapę na mojej ziemi, to nie będzie następnego razu. - Fuknąłem stalowym głosem. Przestraszył się, gdyż podkulił ogon, w jego oczach zagościł strach. O to mi chodziło. - WON!
Wybiegł z obozu na trzech łapach podskakując jak kulawy borsuk. W okolicy wyczułem zapach Klanu Dnia....ciekawe...ale rana na karku mocno krwawiła...opadłem z sił, zemdlałem.


Ktośki? .3. Czyt. Złocista? xD







Od Złocistej Gwiazdy

Gdzie on się podział? - Mruknęłam sama do siebie. Wciągnęłam w nozdrza powietrze próbując wychwycić wojownika. Nagle wyczułam świeżą woń tego Mysiego Móżdżka.Chciałam już krzyknąć kiedy do mojego nosa doszedł jeszcze zapach zająca. Od razu padłam na ziemię i czołgając się starałam wychwycić cokolwiek. Nagle dostrzegłam wojownika który w pozie gotowej do zaatakowania siedział na długości jednej myszy od zajęczej nory i czekał. Chwila... On umie czekać?! Fascynujące... I jest cichy i skupiony do tego... Wskoczyłam bezszelestnie na najbliższe drzewo i obserwowałam z góry jak on sobie poradzi. Długo nie musieliśmy czekać. Zajęczak zwabiony ciepłym słońcem i prawdopodobnie głodem wystawił z dziury powoli swoje uszy, następnie pyszczek i przednie łapki. Kiedy chciał już w okazałości wyjść z nory Wróbli Płomień nie wytrzymał i skoczył na niego. W czasie lotu ciągle wrzeszczał.
- Mój królik, mój! Nie twój, mój! Mój król...! - Nie do kończy bo właśnie teraz jego lot się drastycznie skończył. Trafił głową o pniak i na chwilę stracił przytomność. ''Królik'' leżał parę długości zajęczaka od niego z poranionym całym bokiem. W trakcie lotu Wróbli musiał go mocno pokiereszować. Nagle wojownik obudził się raptownie i  z miną wariata zaczął szukać swojej ofiary. Kiedy ją zobaczył ruszył w jej kierunku jak pijany. Po chwili doszedł do niej i rzekł.
- Zaraz oberwiesz za swoje nędzne postępowanie....! - Mruknął mówiąc to do kwiatków obok zajęczaka. To chyba jest gorsze niż śmierć. Mieć nad głową wariata tuż przed śmiercią, chociaż nie... Spojrzałam na zajęczaka i zauważyłam, że jego bok nie rusza się. Czyli nie żyje.
Ulga dla niego.
Zeskoczyłam z drzewa i stanęłam za Wróblim Płomieniem.
- Ekhem... - Mruknęłam a wojownik jak poparzony skoczył i w powietrzu odwrócił się do mnie.
- A to ty Złocista Gwiazdo... Ja.... Poluję? - Kocur rozpłaszczył się na ziemi.
- Właśnie widzę.... Słuchaj mnie teraz, bo mam coś ważnego do zainformowania. - Wróbli jeszcze bardziej się przestraszył, a ja ze stoickim spokojem usiadłam i podwinęłam ogon wokół łap. - Otóż widziałam jak polowałeś, nie podoba mi się twoje zachowanie. Musimy to zmienić. Od teraz nie śpisz w legowisku wojowników tylko w legowisku terminatorów. I będziesz miał też obowiązki terminatorskie - pilnowanie starszyzny. Dębowa Dusza jest teraz  poważnie ranny, będziesz dla niego polował i zajmował się nim. I pamiętaj, że też musisz polować za Słoneczną Kitę, zrozumiałeś? - Z miny Wróblego można było wyczytać, że raczej zrozumiał bo jego oczy były jeszcze większe ze strachu. - Dobrze. Na początek zanieś rannemu tego zająca. -Wróbli nic nie powiedział, tylko wziął zdobycz i czmychnął w kierunku Obozu. Westchnęłam. Jak Klan ma się rozrastać skoro mam tylko takich wojowników? Mam nadzieję, że kociaki Słonecznej Kity będą bardziej rozgarnięte. Wróciłam do zakopanego ptaka, tego, którego schowałam kiedy spotkałam Dębową Duszę. Trzeba teraz sprawdzić jak się czuje...

Ktoś? :v

24 sie 2015

Od Płomiennej Gwiazdy

Następnego ranka, kiedy wyjrzałem z legowiska, wszystkie koty już wstały. Mgliste Futerko miała karę, którą miałem jej dać. Musiała codziennie upolować przynajmniej cztery zwierzęta. Widziałem tylko jej białą końcówkę ogona znikającą w wyjściu z obozu. Błękitna Łapa był zajęty jedzeniem wiewiórki, obok niego Ciemny Strumyk i Sowie Pióro jedli dwie myszy. Podszedłem do stosu zdobyczy, wziąłem kruka, usiadłem na ziemi i zacząłem jeść. Dalej byłem lekko obolały po walce z włóczęgą, ale ważne, że przeżyliśmy. Mgliste Futerko była już tak samo agresywna jak dawniej, czyli nie stało jej się nic poważnego. Po zjedzeniu kruka oblizałem pyszczek. Zacząłem lizać swoją przednią łapę, a potem potarłem nią o ucho.
- Ciemny Strumyk. - podszedłem do kotki, która wcześniej zajęta była wylizywaniem futra, ale popatrzyła na mnie. - Weź ze sobą Błękitną Łapę na patrol.
Zastępczyni skinęła łebkiem i zawołała terminatora. Młody kocurek podbiegł do niej, a potem razem wyszli z obozu.
Sowie Pióro położył się w swojej jaskini i położył pyszczek na przednich łapach. Zamknął oczy i już po chwili zasnął. Nie mogłem zostawić go samego w obozie, więc postanowiłem poczekać, aż ktoś wróci. Minęła chwila, a do obozu wbiegła Mgliste Futerko z trzema myszami i wiewiórką w pyszczku. Odłożyła je na stos. Popatrzyła na mnie, jakby bez słów pytając, czy może odpocząć. Skinąłem lekko łebkiem.
Uśmiechnęła się, co mnie zdziwiło, bo uśmiech u niej jest rzadko spotykany. Położyła się w legowisku wojowników. Wszyscy odpoczywali, dlaczego ja miałbym nie leżeć. Wróciłem do swojego legowiska. Położyłem się i po krótkiej chwili zasnąłem.
- Płomienna Gwiazdo... - usłyszałem szept.
Odwróciłem się na drugi bok.
- Płomienna Gwiazdo. - ktoś powiedział nieco głośniej.
Otworzyłem jedno oko, a potem drugie. Najwyraźniej było już południe. Podniosłem się powoli i odwróciłem do kota, który mnie obudził. Przede mną siedziała Mgliste Futerko.
- Tak? - zapytałem trochę zaspanym głosem.
Z wielką chęcią spałbym jeszcze do następnego poranka.
- Ciemny Strumyk kazała mi powiedzieć, że Błękitna Łapa wyczuł tego włóczęgę, który zabił Szarą Mordkę. Skoro ja go też widziałam, miałam tam iść i... Naprawdę go czuć. Był tam jeszcze dzisiaj. - powiedziała wojowniczka poważnym głosem.
Co za Mysi Móżdżek! Mój brat go prawie zabił, więc myślałem, że już tu nie wróci! Pomyślałem.
Skinąłem łebkiem.
- Prosiła też, żebyś tam poszedł. - dodała po chwili.
- Chodź ze mną, jakby włóczęga znów miał ochotę na walkę. Ale tym razem, błagam, nie umieraj.
Poszliśmy w tamto miejsce. Granica z Klanem Dnia... Ciekawe...
Wszędzie czuć było tego kocura. Był w tym miejscu rano. Wtedy, kiedy Mgliste Futerko była na polowaniu.
- Mgliste Futerko... - zacząłem.
Kotka popatrzyła na mnie nie ukrywając zdziwienia.
- Nie widziałaś ani nie czułaś go podczas polowania? - zapytałem.
Popatrzyła na swoje łapy.
- No... Chyba nie, ale... Kilka razy krzaki szeleściły, wolałam nie sprawdzać, co to.
- Sądzisz, że mógł cię śledzić?
- Tak, ale chwilę po tym wróciłam do obozu.
Zamyśliłem się. Chwilę milczałem, przyglądając się granicy klanów.
- Czyli mógł chcieć cię zabić, ale w porę znalazłaś się w bezpiecznym miejscu. - wyszeptałem, ale usłyszała to. Drgnęła, a jej oczy nagle zrobiły się okrągłe.
- Myślisz, że mógł próbować mnie zamordować? Jak Szarą Mordkę? - zdziwiła się.
- Tak. Gdy go spotkaliśmy w dniu śmierci Szarej Mordki, mówił, że chce nas zabić i przejąć terytorium. Najwyraźniej się tak łatwo nie poddał. - powiedziałem.
Pierwszy raz widziałem w oczach Mglistego Futerka strach. Tego dnia nie tylko się pierwszy raz przy mnie uśmiechnęła, ale też bała się... Wiedziała, że mogła zginąć.
- Czyli będę następna... No świetnie. - mruknęła, jej głos trochę drżał.
Zrobiło mi się jej żal. Dlaczego wybrał akurat ją jako kolejną ofiarę? Czemu taką odważną, agresywną wojowniczkę? Przecież w klanie jest terminator, a ten kot wybrał doświadczoną, dorosłą kotkę.
Mgliste Futerko popatrzyła na mnie. Zaczęła:
- Myślisz, że...
Nagle przerwał jej krzyk Ciemnego Strumyka. Ptaki siedzące na pobliskich drzewach wzbiły się w powietrze. Popatrzyliśmy na siebie z przerażeniem i pobiegliśmy na pomoc. Po chwili zobaczyliśmy Ciemny Strumyk ranną w kark, najprawdopodobniej od ugryzienia, Błękitną Łapę stojącego obok niej i... Starego znajomego, włóczęgę.
Nie zauważył nas. Kiedy chciał skoczyć na terminatora, rzuciłem się na niego. Poturlaliśmy się po ziemi. Zaczęliśmy się drapać.
- Uciekajcie do obozu! - powiedziała Mgliste Futerko - Ciemny Strumyk, idź do Sowiego Pióra.
Zrobili tak, jak im rozkazała.
Włóczęga przygniótł mnie do ziemi.
- Znów się spotykamy.- warknął, wbijając mi pazury w kark.
Syknąłem z bólu. Mgliste Futerko skoczyła na wroga od tyłu i zaczęła drapać i gryźć. Ten przewrócił się na mnie. Zdążyłem tylko jęknąć cicho, kiedy się po mnie przeturlali.
- Nie musiałaś go na mnie przewracać! - krzyknąłem.
- Ale gdybym tego nie zrobiła, nie było by zabawnie. - zaśmiała się, drapiąc kocura w pyszczek.
Uśmiechnąłem się lekko.
Złapałem włóczęgę za tylną łapę i ugryzłem mocno. Krzyknął z bólu. Wojowniczka dalej go drapała.
- Poddaj się, odejdź i nigdy nie wracaj, albo zginiesz! - powiedziałem.
Zasyczał, wyrwał nam się i uciekł. Usiedliśmy dysząc, cali ranni. Mgliste Futerko lekko oparła się o mój bok, żeby nie upaść.
- Jak tu wróci, nie dam mu już szansy. - powiedziała cicho.
Nie miałem ochoty ani siły, żeby odpowiedzieć.
Wróciliśmy do obozu.
Tam Sowie Pióro opatrywał ranę Ciemnego Strumyka, a Błękitna Łapa mu pomagał. Poprzednie rany się nie zagoiły, a już są następne... Doskonale. A dzień zapowiadał się normalnie. Jednak stało się tak wiele. Zdążyłem bardziej polubić Mgliste Futerko, powalczyć sobie, pośmiać się ze swojego nieszczęścia... Udany dzień!
Sowie Pióro potem opatrzył też nasze rany.
Kiedy nadeszła noc, siedziałem przed legowiskiem i obserwowałem gwiazdy. Myślałem o bracie i siostrach...
- Nieźle walczyłeś! - usłyszałem za sobą głos.
Drgnąłem. Popatrzyłem do tyłu, gdzie stała Mgliste Futerko.
- Ta... Dzięki, ty też... - powiedziałem.
Usiadła obok mnie.
- Odwiedzałeś ostatnio rodzeństwo? - zaciekawiła się.
- Tak, brata. - odpowiedziałem.
Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. No tak, ona nie wie.
- Pogodziliśmy się. - wytłumaczyłem.
Otworzyła lekko pyszczek. Ponownie popatrzyłem na niebo, ona zrobiła to samo. Po chwili ciszy westchnęła. Popatrzyłem na nią.
- Myślisz, że włóczęga mnie zabije? - zapytała.
- No co ty! Przecież dobrze walczysz, pokonasz go w chwilę.
- Ale jak zobaczyłam Szarą Mordkę na tej polanie... Ona była taka ranna, zakrwawiona... Była dobrą, silną wojowniczką, a on i tak ją zabił! - mówiła, a jej głos stawał się coraz bardziej cichy. - Wiesz... Ja po prostu się boję...
Zdziwiło mnie to. Ona się boi? Kotka, która jednym uderzeniem zabija zająca? Która wzrokiem morduje myszy?
- Mgliste Futerko, wszyscy się boją... - powiedziałem, po czym dodałem cicho - Oprócz tych którzy się nie boją.
Popatrzyła na mnie jak na Mysiego Móżdżka. Właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że nim jestem.
- Nie powinienem pocieszać, prawda?
- Prawda.
Popatrzyła na mnie i widać było po niej, że ledwo powstrzymuje się od śmiechu.
- Jesteś takim Mysim Móżdżkiem, że czasami mam ochotę dać się pożreć borsukom. - powiedziała.
- Taa... Ja też.
- Jak ja cię nie cierpię... - zaśmiała się.
- Ja ciebie bardziej.
- Nie prawda!
Zaczęła się wojna... Na wzrok. Jak kociaki...
Patrzyliśmy sobie w oczy, aż tu nagle...
Łapa Mglistego Futerka uderzyła mnie prosto w pyszczek. Padłem na ziemię łapami do góry. Kotka się zaśmiała.
- Żyjesz?
- Chyba... - zaśmiałem się.
Położyła się obok mnie. Tak lepiej patrzyło się na gwiazdy.
- Zamierzasz spać, czy gadamy? - zapytała.
- Gadajmy. - uśmiechnąłem się.
Tak sobie pogadaliśmy, że po chwili spaliśmy.

Ktoś? c:

21 sie 2015

Od Złocistej Gwiazdy

Cicho... Spokojnie.... Skok i po chwili duszenia w łapach, mam już pokaźnego ptaka. Kruka jak mniemam. A możliwe, że jaskółkę.... Nie ważne, grunt że coś upolowałam. Wspięłam się na drzewo i zaczęłam skakać po gałęziach przy okazji płosząc resztę ptaków. Nagle się zatrzymałam, trzymając w zębach upolowaną zdobycz. Korciło mnie, żeby spotkać się z rodzeństwem.
Chociaż zobaczyć co u nich....
Po chwili wahania skierowałam się na granicę terenów Klanu Świtu. Zeszłam z drzewa bo nagle coś wyczułam... Krew. Parę godzin temu musiała się chyba toczyć tutaj walka czy coś.... Wciągnęłam w nozdrza powietrze i rzeczywiście, czuć było koty. Włóczęga i kogoś z Klanu Świtu.... Biedni... Później się spytam. Lepiej wrócę do siebie...
Będąc już na terenie swojego Klanu nagle znowu coś wyczułam...
Krew... I tego włóczęgę.... Wyskoczyłam z krzaków i zobaczyłam straszny widok.... Dębowa Dusza leżał w kałuży krwi z nienaturalnie wykrzywioną przednią prawą łapą. Wyplułam ptaka i podbiegłam do niego.
- Dębowa Duszo?! - Krzyknęłam i spojrzałam na jego klatkę piersiową. Prawie niewidocznie co chwilę się podnosiła i opadała. Czyli jeszcze żyje... Ale jak długo? - Spokojnie. Sprowadzę pomoc. - Potarłam swój pyszczek o jego policzek i zostawiając go w takim stanie pobiegłam do obozu. Od razu natknęłam się na Wróblego Płomienia który drapał się jeżdżąc tyłkiem po całym obszarze obozu. Przy okazji śpiewał dobrze nam znaną piosenkę....
- "ADHD co chwila męczy mnie!" - Bez słowa go ominęłam i weszłam do Kociarni sprawdzając stan Słonecznej z kociakami. Ta zaś wstała w wejściu z oczami jak spodki. A tak... Ona jeszcze go nie widziała w tym stanie.... Kiedy zobaczyłam, że maluchom nic nie jest od razu wyszłam i skierowałam się do legowiska Medyka.
- Szybko! Dębowa Dusza został zaatakowany i jest ranny! - Krzyknęłam na powitanie i czekałam aż Wietrzna Paproć przełknie tą wiadomość.
- Ale jak....? - Spytała.
- Nie ważne! Szybko, biegnij do niego. Trafisz po zapachu krwi. - Powiedziałam i już mnie nie było. Wróciłam do tego Mysiego Móżdżka, bo co jak co, on też nam jest potrzebny. Wróciłam do tego miejsca, gdzie go wcześniej spotkałam. Wróbli nadal wyczyniał te swoje wygłupy...
- Milczeć! - Krzyknęłam a Wróbli Płomień uspokoił się chociaż nadal siedział. - Wstawaj, idziemy. - Rzuciłam krótko i ruszyłam do miejsca walki. Wróbli tuż za mną biegł z podkulonymi uszami. Po chwili natrafiliśmy na Wietrzną Paproć, która już zajęła się rannym. Właśnie teraz przyciskała kępę liści i pajęczyny do najbardziej krwawiącego miejsca na ciele. Zauważyłam, że Dębowa Dusza już się obudził i ciekawie rozgląda się dookoła.
- Jak się czuje.....? - Spytałam.
- Dobrze, ale lepiej jak go jeszcze przepadam w Obozie. - Miauknęła pocieszająco widząc moją zmartwioną minę.
- No to bierzmy się do roboty..... WRÓBLI PŁOMIENIU?! - Krzyknęłam kiedy okazało się, że wojownik nie siedzi z nami. - Cóż za wojownik, nie ma co... - Zasyczałam lekko podenerwowana zachowaniem tego Mysiego Móżdżka. Nagle przypomniałam, że medyk tuż obok mnie jest jego matką. - Wybacz, ale sama widzisz...
- Wiem i nie mogę się z tym pogodzić. Jako kociak był inny....
- Ale teraz z niego zrobił się tępi Mysi Móżdżek. - Fuknęłam poirytowana. - Dębowa Duszo, dasz radę wstać jeśli ci pomożemy? - Spytałam do staruszka który już z uniesioną głową patrzył na naszą rozmowę.
- Raczej tak. - Szepnął i z grymasem na twarzy wstał. Ja i Wietrzna Paproć oparłyśmy się jego boków i starałyśmy się balansować tak, żeby jego ranna łapa nie musiała się dużo się wysilać. Po paru minutach, które dla nas ciągnęły się w nieskończoność wreszcie weszliśmy do Obozu. Od razu trafiliśmy na Terminatorkę która zaciekawiona i przestraszona patrzyła na nas. Położyłyśmy Dębową Duszę na jednym z posłaniu w Legowisku Medyka.
- Zostawię was teraz samych. Mam z pewnym kotem do pogadania... - Mruknęłam i wyszłam po cichu. Od razu natknęłam się na Wiewiórczą Łapę. Nadal była przerażona, ale i zaciekawiona.
- Co się stało?
- Dębowa Łapa został napadnięty przez obcego kota. Został ciężko ranny. - Powiedziałam, a jej oczy zrobiły się jeszcze szersze i okrąglejsze z emocji. - A tak z innego śledzia, widziałaś swojego brata? - Spytałam wracając myślami do tego Mysiego Móżdżka.
- Ostatnio go widziałam kiedy szedł z tobą wychodząc z Obozu. A co znowu nabroił?
- Jeszcze nie wiem. Jakby wrócił, powiedz mu żeby na mnie czekał. - Odpowiedziałam i jak najszybciej wyszłam z placu Obozu. Jak ja dorwę tego wojownika to nie wiem co mu zrobię.... Ciekawe też czy reszta rodzeństwa ma takie same problemy jak ja... Chyba mają... Przypomniała mi się wtedy ta polana pełna krwi...

Ktoś? c: Jak tam te wasze ''problemy''?

Od Płomiennej Gwiazdy

Nie mogłem się powstrzymać od uśmiechu. Przytuliłbym go, ale członkowie jego klanu mogą uznać to za atak.
- Przecież wiesz, że wybaczę ci wszystko. - powiedziałem.
Czyli wojny pomiędzy nami nie będzie? Co z pozostałymi klanami?
Rozejrzałem się po obozie. Był duży.
Cicha Gwiazda lekko się uśmiechnął. Miałem nadzieję, że wszystko będzie jak dawniej. Jednak nie wszystko stracone. Znów możemy się przyjaźnić.
Niedługo będzie najcieplejsza część dnia. Robiło mi się gorąco. Niedługo powinienem wracać do obozu.
- Dziękuję, że mi pomogłeś. Uratowałeś mi życie. - uśmiechnąłem się i potarłem pyszczkiem w jego bark. - Teraz muszę wracać.
- Dobrze... Do zobaczenia. - powiedział mój brat.
On też najwyraźniej cieszył się, że się pogodziliśmy. Miejmy tylko nadzieję, że wojny nie będzie.
Wyszedłem z obozu i potruchtałem na swoje tereny. Robiło się coraz cieplej. Wszedłem do obozu Klanu Świtu.
Popatrzyłem na zastępczynię.
- Wszystko jest w porządku. Mgliste Futerko czuje się lepiej, a Błękitna Łapa śpi. - powiedziała z lekkim uśmiechem na pyszczku.
Skinąłem łebkiem.
Podszedłem do jeziorka w obozie i się napiłem. Woda była idealnie chłodna. Poczułem ulgę, zrobiło mi się chłodniej.
Poszedłem do swojego legowiska i położyłem się tam.


Ktoś? c:

Od Cichej Gwiazdy

Słysząc głos brata sierść nastroszyła mi się na grzbiecie, syknąłem cicho.
- Ja przepraszam, że jestem na twoim terytorium, ale... Dlaczego mi pomogłeś?
- Hmmm... - Schowałem pazury a moje futro zaczęło się wygładzać. - Jesteś sam?
- Całkiem sam.
Dla pewności węszyłem przez moment, ale kocur mówił prawdę.
- Za mną. Ale o tym, co zobaczysz, nikomu ani słowa bo znajdę na końcu świata i zatłukę.
Skinął niepewnie głową przełykając ślinę. Ruszyliśmy w stronę obozu. Wchodząc na polane, przywódce Klanu Świtu od razu spiorunowała wzrokiem zastępczyni. Spojrzałem na nią porozumiewawczo i wróciła do swoich spraw.
- Mówiłeś, że?
- Chciałem wiedzieć, czemu mi pomogłeś...
- Jesteśmy braćmi. I żałuje, że wywołałem wojnę...wybacz...


Płomienny? .3. Wena poszła się paść i ma mnie w dupie .3.

Od Płomiennej Gwiazdy

Powoli wstałem patrząc, jak mój brat odbiega i po chwili już go nie widziałem.
- Cicha Gwiazda... - szepnąłem.
Dlaczego mi pomógł, skoro mamy wojnę? Może zmienił zdanie?
- C-co jest...? - usłyszałem cichy głos Mglistego Futerka, która podniosła się z ziemi.
Lekko dotknęła przednią łapą głowy, ale od razu po tym drgnęła i syknęła z bólu. Musiała się mocno uderzyć. Podeszła do mnie.
- Gdzie ten włóczęga? - zapytała.
- Uciekł. Cicha Gwiazda go przegonił. - powiedziałem dalej patrząc w miejsce, gdzie pobiegł przywódca Klanu Zmierzchu, jakbym się spodziewał, że wróci. Przecież wiedziałem, że tu nie przyjdzie ponownie.
- Cicha Gwiazda? - zdziwiła się - A co on tu robił?
- Nie wiem. - westchnąłem.
Nie mówiąc już nic więcej, wróciliśmy do obozu. Krew z rany na moim oku spływała mi po pyszczku. Na szczęście ten włóczęga mnie nie oślepił...
- Czyli wiecie, kto to zrobił? - zapytała z nadzieją Ciemny Strumyk.
- Tak. Jakiś morderca, włóczęga. - odpowiedziała Mgliste Futerko.
Ciała Szarej Mordki już nie było. Na środku obozu siedział jednak Błękitna Łapa, a Sowie Pióro lizał go pomiędzy uszami. Zauważyłem już dawno, że medyk traktuje tego terminatora jak syna. Jasnoszara kotka przyjrzała się głowie wojowniczki.
- Lepiej idź jeszcze dzisiaj do Sowiego Pióra, Mgliste Futerko. - powiedziała.
Kotka skinęła łebkiem i usiadła przy legowisku wojowników.
- I co? - popatrzyła na mnie.
- Hę?
- Co z tym włóczęgą? - zapytała.
- Uciekł.
- Pokonaliście go?
- Nie...
Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem.
- Powiem ci innym razem. - powiedziałem.
Kotka była ciekawa, ale postanowiła już nie pytać. Podbiegła do Mglistego Futerka i obydwie zaczęły o czymś rozmawiać.
Usiadłem na swojej ulubionej skale i zacząłem lizać swoje futro na piersi.
Popatrzyłem na Błękitną Łapę. Cały drżał, ale ważne, że już nie płakał. Mówił coś do Sowiego Pióra.
Westchnąłem cicho. Musiałem poszukać brata i to wyjaśnić...
- Ciemny Strumyk, zajmij się obozem i z niego nie wychodź, dopóki nie wrócę. - powiedziałem.
- Dobrze.
Wybiegłem z obozu. Wróciłem do miejsca, gdzie ostatnio go widziałem. Wiem, że nie powinienem tego robić, ale musiałem... Przeszedłem na jego terytorium. Szukałem go przez dłuższą chwilę, aż w końcu zobaczyłem go. Leżał na trawie i wygrzewał się na słońcu.
- Cicha Gwiazdo... - powiedziałem cicho.
Kocur otworzył oczy i zerwał się, strosząc futro.
- Ja przepraszam, że jestem na twoim terytorium, ale... Dlaczego mi pomogłeś? - zapytałem.

Cichy?

Od Cichej Gwiazdy

Leżałem na drzewie. Promienie słońca przebijały się przez liście brzozy, tworząc na moim futrze jasne cętki. Ciepły blask słońca ogrzewał mnie nawet zbyt bardzo, ze względu na moje czarne, grube futro. Obserwowałem granicę moją i Klanu Świtu...w jednej chwili przymrużyłem oczy by mieć lepszą widoczność. Wciągnąłem w płuca powietrze. Zapach krwi...jeszcze świeżej. Szkarłatne plamy ochlapały drzewa, krzewy, liście...nie schodziłem jednak z drzewa, ponieważ wyczułem mojego brata i jedną z jego wojowniczek. Po chwili wyszedł z krzaków, słońce przebijające się przez liście tworzyły na jego futrze pomarańczowe świetliste plamy. Tuż za nim wyszła kotka, piękna, szylkretowa, świetlne cętki na jej trój kolorowym futrze nadawały jej jeszcze większego uroku. Siedzieli chwilę w miejscu walki, kiedy po chwili z krzewów wyskoczył z dzikim sykiem szary, stary kocur. Moje oczy powiększyły się, źrenice zmniejszyły kilkakrotnie. Po kilku minutach walki, kotka leżała nieprzytomna, a szary kot próbował dosięgnąć gardła Płomiennej Gwiazdy, lecz ten walczył. Ale po chwili nie miał już siły, kocur już prawie wgryzł się w jego szyje. "Dość!" Skoczyłem. Pazury same się wysunęły, błysnęły kły. Jednym potężnym walnięciem odrzuciłem kocura metr dalej. Kilka chwil i zniknął z płaczem. Rzuciłem oziębłe spojrzenie mojemu bratu.
- Jak ty to... Co... Ale... Jak? - Szepnął. Po chwili otworzył szerzej oczy i próbował wstać. Spojrzał na mnie. - C...Cicha Gwiazda...?!
Cofnąłem się o krok. Patrzyliśmy sobie w oczy w milczeniu. W jednej chwili błyskawicznie się obróciłem i pobiegłem na swoje tereny.


Płomienny? .3.

20 sie 2015

Od Płomiennej Gwiazdy

Spałem spokojnie. Kiedy się obudziłem, było już jasno. Wstałem powoli z legowiska, prostując po kolei każdą łapę. Ziewnąłem. Później wyjrzałem na zewnątrz. Było pusto. Najwyraźniej wszyscy byli zajęci pracą. Wyszedłem z obozu. Wskoczyłem na drzewo, a z niego na następne. Stamtąd wypatrzyłem wiewiórkę. Zaczaiłem się, skoczyłem i... Upolowałem zdobycz. Wróciłem z nią do obozu i odłożyłem na narazie pusty stos jedzenia.
Później powolnym krokiem wróciłem do legowiska.
Siedziałem tam chwilę, aż usłyszałem krzyk... Błękitnej Łapy. Zerwałem się i wybiegłem z legowiska. Na środku obozu leżała Szara Mordka, a z jej szyi leciała krew. Jej syn leżał obok niej i zakrywając przednimi łapami pyszczek płakał. Obok siedziała Mgliste Futerko, przyglądając się wszystkiemu ze zdziwieniem. Obok terminatora stał załamany Sowie Pióro. Po chwili obok mnie stanęła Ciemny Strumyk.
- Ja... Nie mogłem nic zrobić. Kiedy Mgliste Futerko ją znalazła, straciła zbyt wiele krwi i... - mówił Sowie Pióro.
Zastępczyni jęknęła cicho widząc ciało wojowniczki. Mimo tego, że nie znały się długo, były przyjaciółkami. Błękitna Łapa dalej leżał.
Mgliste Futerko do mnie podeszła.
- Znalazłam ją w lesie, niedaleko obozu. Wokół było pełno krwi. Ale wiem jedno. Zabił ją kot... - powiedziała. - Wokół było pełno śladów jego łap, ale nie wiem, kto to był.
Ciemny Strumyk powoli podeszła do ciała Szarej Mordki i położyła łapę na barku Błękitnej Łapy.
Nie wiedziałem, co robić, co powiedzieć...
Usiadłem, bo czułem, że nie ustoję na łapach.
- Zaprowadź mnie tam.
- Co? - zdziwiła się wojowniczka.
- Zaprowadź mnie tam. - syknąłem.
Nie powiedziała już nic, tylko wybiegła z obozu, a ja tuż za nią. Po chwili znaleźliśmy się na małej polanie. Faktycznie, wszędzie była krew. Na trawie, ziemi, krzakach, kwiatach...
- Chciałam coś upolować, ale poczułam krew i chciałam sprawdzić, co tu się stało. Kiedy ją zobaczyłam, od razu zaciągnęłam ją do obozu. - mówiła kotka.
- Co za morderca mógł to zrobić? - pytałem samego siebie.
Nagle kątem oka zauważyłem, że Mgliste Futerko wysuwa pazury. Patrzyła w krzaki przede mną. Też tam popatrzyłem.
W ciemności świeciła para żółtych oczu...
- Co jest?! - szepnąłem. Cofnąłem się kilka kroków, bo wcześniej byłem tuż przed stworzeniem.
Tylko nie morderca, błagam, tylko nie morderca...
Z krzaków wyskoczył duży, ciemnoszary kocur. Zasyczał.
- Od teraz to moje terytorium. Zabiję was i stworzę własny klan! - zasyczał.
- Myślisz, że on ją zabił?
- Tak myślę. - powiedziała kotka.
Wyglądał na silnego... I starego.
- Wybacz mi, ale to moje terytorium. - mruknąłem.
Wysunąłem pazury.
- Nie na długo, młody. - warknął.
Rzucił się na mnie, ale odskoczyłem na bok. Mgliste Futerko zaatakowała i zraniła go w pyszczek. Kocur krzyknął z bólu i złapał kotkę za kark. Rzucił nią w drzewo.
- Ej, kotek się nie bije, ty... - zacząłem.
Uniósł jedną ''brew''.
- Ty zły... Darujmy sobie takie teksty, okej?
Skoczyłem na niego i zadałem mu cios w oko. On oddał mi w bark.
Padłem na ziemię.
- Aaała! Gościu, to boli, wiesz? - jęknąłem.
Zaśmiał się.
- To nie był żart! - syknąłem.
Mgliste Futerko leżała jak martwa, ale widziałem, że oddycha. Straciła przytomność uderzając w drzewo.
- Okej, odejdź stąd, proszę... - powiedziałem. - Gościu, nie chcę walki.
- A ja będę walczył o terytorium.
Skoczył na mnie, zadał mi cios w oko, potem zaczął mnie gryźć i próbował dostać się do gardła, ale go odpychałem tylnymi łapami.
Nagle zobaczyłem sylwetkę kota, który skoczył na kocura. Chwilę walczyli i morderca uciekł.
- Jak ty to... Co... Ale... Jak? - szeptałem.

Ktoś? 

Od Złocistej Gwiazdy

Poczułam że coś szturcha mnie w bok.Otworzyłam jedno oko i ze zdziwienia otworzyłam też drugie.
To była Wiewiórcza Łapa, mój pierwszy uczeń.
- Hem? - Mruknęłam nie do końca obudzona.
- Myślałam że... Bo dzisiaj pierwszy dzień nauki i... - Jąkała się zawstydzona. Wstała i rozciągnęłam się.
- Spokojnie, rozumiem, jesteś tak podekscytowana/przerażona, że aż obudziłaś swojego nauczyciela. - Powiedziałam i wyszłam. Wiewiórcza Łapa szła tuż za mną i już po chwili byłyśmy na małej łące koło strumyka. Słońce powoli wychodziło za horyzont dając mojemu futrze prawdziwy, złoty kolor. Wiewiórcza Łapa zaś jak na nazwę przystało była cała pomarańczowa nie licząc białych łap.
- Teraz posłuchaj mnie. Zaczniemy od czegoś łatwego.
- Na przykład?
- Na przykład...... Od pasikonika. Spróbuj go złapać. - Jak powiedziałam, tak zrobiła. Uczennica ''padła'' na ziemię i czołgając się w ślimaczym tempie zaczęła wyszukiwać ofiarę. Po paru minutach czekania wreszcie była dość blisko jednego z nich. Skoczyła i.... Chybiła, ale szybko się pozbierała i grzmotnęła ciałem na biednego owada. Kiedy wstała z niego pozostała jedynie plama na futrze Wiewiórczej....
- Liczy się to, że w ogóle go złapałaś. - Powiedziałam do smutnej terminatorki. - A jakim sposobem to już sprawa drugoplanowa. - Zachichotałam. Nagle usłyszałam za sobą jakieś... Wycie. Obejrzałam się i zobaczyłam Wróblego Płomienia który wrzeszczał na całe gardło. Po chwili zaczęłam rozróżniać między wrzaskami pewne słowa...
- ''ADHD co chwila męczy mnie!'' - Zerknęłam na Wiewiórczą Łapę która tylko przewróciła oczami.
- Mój brat lubi śpiewać. W starym Klanie myśleli że coś sobie zrobił i wezwali medyka. A on tylko sobie śpiewał. - Znowu zachichotałam. Nagle Wróbli tak zawył, że aż zakryłam łapami moje biedne uczy.
- Niech się wreszcie zatka, bo aż w Kociarni go usłyszą. - Powiedziałam.
- Jest sposób żeby go na jakiś czas uciszyć.... Ale potrzebuję mysz. - Powiedziała młoda kotka i ukryła się w dość wysokiej trawie.
- Mysz? A po jasnego śledzia po co Ci mysz? - Mruknęłam i również zanurkowałam w trawie. Po chwili zauważyłam rudą kitkę terminatorki, a następnie ją całą. Zauważyłam, że ma w pyszczku mysz, żywą bo rzucała się na wszystkie boki jakby dostała kolki. Spojrzałam na nią pytająco, a ona jedynie znowu zanurkowała w trawę, tym razem w stronę brata. Nagle zobaczyłam latającego gryzonia, która po paru chwilach latania plasnął na głowę wojownika. Kocur uciszył się, podniósł głowę i kiedy zobaczył gapiące się w niego czarne ślepia wrzasnął jakby kto go obrywał ze skóry i zaczął skakać w tą i w tamtą kosząc przy tym trawę. Chociaż już rzucił mysz to i tak biegł dalej.
- Ratunku! Mysz z nieba! To kara za tamten postępek?! Mamusiu! - Wróbli potknął się o wystający korzeń i po paru fikołkach w powietrzu walnął grzbietem o taflę strumyka. - Bul, bul bul....
- Ej, bracie! Wiesz, że my koty nie lubimy wody? - Znikąd wyrosła obok mnie Wiewiórcza Łapa i śmiała się z starszego brata. Wróbli stanął na nogi, woda jedynie wtedy sięgała mu do brzucha a on i tak zaczął chyba już trzeci raz w tym poranku wrzeszczeć.
- Topię się, ratunku! - Szczerze raczej nie wyglądał na topiącego się bo po chwili wybiegł z wody jak torpeda i pobiegł (co chwila potykając się o jakiś niewidzialny korzeń) w stronę legowiska dla wojowników. Obie równie głośno się zaśmiałyśmy i wróciłyśmy do legowiska dla terminatorów. Pożegnałam Wiewiórczą Łapę i wyruszyłam do Kociarni. Jak widać nie tylko my nie próżnowałyśmy... Koło Słonecznej Kitki siedziała Wietrzna Paproć i coś jej szeptała. Jednak chyba nie była to zbyt wesoła wiadomość...
- Już? - Spytałam kiedy tylko weszłam.
- Tak. - Powiedziała szczęśliwa kotka. Chociaż może na twarzy miała wypisane szczęście i ulgę że to już wszystko to i tak miała coś... Smutnego na sobie. Zerknęłam na wskazane miejsce i zobaczyłam cztery małe, puchate kulki, które co chwilę piszczały, bo któreś z rodzeństwa za bardzo się rozpychało. Nagle dostrzegłam bardziej z boku czarne, oklapłe coś.... Była to czarna, mała i wychudzona kotka.
- Czy ona.....? - Spytałam najciszej jak się dało, bo bałam się że je przestraszę.
- Nie, żyje, ale jest strasznie osłabiona. Boimy się, że nie przeżyje dnia w Klanie. - Rzekła smutno medyczka.
- Przykro mi.... - Spojrzałam na jej rodzeństwo. Biała kotka chyba będzie najbardziej buntownicza z rodzeństwa. Właśnie teraz z wściekłością atakowała ucho burego kocurka. Pod nim zaś leżał złoty kocurek z czarnymi plamkami na ciele.Obok ze stoickim spokojem leżał szary kocur i nie interesował się poczynaniami rodzeństwa. Zauważyłam też u niego pewne braki z tyłu.... Nie miał ogona.
- Będą z nich wspaniali wojownicy, obiecuję to. - Rzekłam i delikatnie przesunęłam białą i burą kulę, żeby dali oddychać złotemu. Oczywiście nie obyło się bez protestów ze strony kuleczek. Piszczały oburzone. Słodko to wyglądało z boku.
- Życzę wszystkiego najlepszego i żeby ona jednak przeżyła. - Wszystkie zerknęłyśmy na czarną, która tylko co jakiś czas ruszała uszami. Inaczej byłybyśmy skłonne uwierzyć że już..... - Wietrzna Paproć, nie ruszaj się stąd. Mam do zakomunikowania Klanu coś ważnego. - I po chwili wyszłam. Przeleciałam wszystkie legowiska(bez skojarzeń xD) wrzeszcząc żeby wszyscy się zebrali w Kociarni i po chwili biegiem wróciłam do miejsca spotkania.
Wszyscy już tam byli.
Nawet Wróbli Płomień, który nadal cały mokry i zielony od trawy siedział spokojnie ze strachem w oczach i patrzył na bitwę wszech czasów.... Potomstwo Słonecznej właśnie się kłóciło o najcieplejsze miejsce. Usiadłam koło świeżo upieczonej matki(nie bierzcie tego na serio...) i zaczęłam.
- Mój drogi Klanie. Mam dla was parę wiadomości. Dzisiaj Słoneczna Kitka doczekała się pięciu kociąt. Niestety, tylko część z nich prawdopodobnie przeżyje. Więc radzę wam, bądźcie przy nich ostrożni. - Mówiąc to spojrzałam na czarną kotkę, która jakby wiedziała że o niej mowa, kichnęła potężnie, o mało nie doprowadzając do zawału rodzeństwa. - Druga sprawa, jak wiecie, Wróbli Płomień wszedł na terytorium Klanu Zmierzchu bez ich pozwolenia. Wiem, że nie zrobił tego specjalnie, ale i tak muszę go ukarać. Zatem... Mianuję ciebie, Wróbli Płomieniu opiekunką i pomocnikiem dla Słonecznej Kitki. - Ukarany spojrzał zdziwiony to na mnie, na Słoneczną i ze zgrozą na puchate kulki, które akurat w tej chwili zaniechały gryzienia, duszenia czy bekania na braci/siostrę. - Wszystko jasne? - Spytałam chociaż i tak znałam odpowiedź.
- Tak.
- Zatem koniec zebrania. Możecie się rozejść. - Jednak i tak nikt nie wyszedł. Wszyscy teraz z zainteresowaniem patrzyli się na potomstwo Słonecznej.
- A kuci kuci kuci.... - Rzekł Dębowa Dusza z zachwytem patrząc na drugą twarz szarego kocurka. Prawdopodobnie myślał, że to jest uśmiechnięty pyszczek szarego...
- Dziadku, to nie ta strona, to jego tyłek! - Rzekła rozbawiona Wiewiórcza Łapa. Dębowa Dusza sam się kazał się tak nazywać, chociaż ja wolę jego pełne imię.
- Serio? Hmm... To czemu nie widzę ogona? - Rzekł przybliżając się do szarego.
- On go nie ma. - Rzekła Słoneczna Kitka. - Ma tak po moim pradziadku.
- Czyli będzie podobny jak do... No tego z Klanu Zmierzchu... Jak mu tam.. A tak! Pawi Ogon!
- N-nie Dziadku! On się nazywa Sowie Pióro i jest z Klanu Świtu! - Dołączyła się do rozmowy rozbawiona medyczka.
- Wszystko jedno. - Mruknął obrażony. - Skleroza nie boli.
- No, wystarczy tych odwiedzin domowych! Dajcie im odpocząć. - Rzekłam i pokazałam zebranym wyjście. Ja również wyszłam.
Ciekawe jak jest u braci......

Ktoś? .3. Wiem, troszkę dłuuugaśnie opo, ale wena tak chciała. Na początku chciałam skończyć na ''ADHD'' a jestem już po porodzie. c:

Od Cichej Gwiazdy

Łapa za łapą. Powoli. Musiałem utrzymywać równowagę, by nie spaść. Przycupnąłem na gałęzi i napiąłem wszystkie mięśnie. Skok. Krzyk ptaka rozległ się echem po lesie, płosząc pozostałe. Zeskoczyłem z drzewa. Z mojego pyska zwisała bezwładnie wielka wrona. Ruszyłem szybkim krokiem do obozu. Przedarłem się przez ciernie, na szczęście grube futro uchroniło mnie przed pokaleczeniami. Odsunąłem na bok wielki, płaski głaz leżący obok legowiska wojowników. Pod nim była dziura, leżały w niej dwa króliki, cztery myszy i szynszyla, a teraz także wrona. Przykryłem zapasy mchem i jakąś trawą, a "spiżarnie" zakryłem kamieniem. Z całkiem ponurą miną ułożyłem się w swoim legowisku. Oparłem brodę na przednich łapach i przymrużyłem oczy. Pogrążyłem się w myślach. "Co teraz będzie? Wywołałem wojnę...więc...mogą w każdej chwili zaatakować, albo znowu polować na naszych ziemiach...nastały ciężkie czasy, skoro rodzeństwo walczy między sobą o przetrwanie...i co ja najlepszego zrobiłem?" Moje oczy zamgliły się smutkiem, nawet to na które jestem ślepy. Jednak moją refleksje przerwał głos zastępczyni.
- Cicha Gwiazdo. - Na jej szczęśliwy ton głosu moje wąsy zadrgały. - Śpisz...?
- Nie.
- Obudziłam cię?
- Skąd. - Wstałem machając ogonem. - Co się stało?
- Nie chciałbyś powitać nowych wojowników? - Jej wąsiki zadrgały psotnie. Uśmiechnęła się wychodząc z mojej jaskini. Wtedy zrozumiałem o co chodzi. - Idziesz?
- Oczywiście!
Sprężystym krokiem ruszyliśmy w stronę kociarni, była to duża i całkiem głęboka jaskinia, wejście zasłaniały pnącza. Tam, gdzie znajdowały się legowiska matek, w suficie były dziury, aby do jaskini docierało światło. Po kilku minutach wędrówki przez kamienne korytarze, dotarliśmy do legowiska Srebrnego Serca, Czerwony Liść był przy niej. Usiadłem obok młodej matki. Spojrzała na mnie, jej dwukolorowe oczy szkliły się od szczęścia i dumy, ale były też przymrużone ze zmęczenia. Uniosła swój puchaty ogon. Wyciągnąłem szyje w jej stronę. Obok jej brzucha leżały przytulone do siebie trzy malutkie kuleczki. Kręciły się przez sen i cichutko pomrukiwały. Ich jasne futerka lśniły w blasku wschodzącego słońca przedostającego się przez dziurę w suficie jaskini. Srebrzysta kotka wygramoliła się spod złocistego kocurka w brązowe pręgi i złapała za ogon swojego kremowego brata, który zapiszczał przez sen.
- Jak się czujesz? - Szepnąłem nie odrywając wzroku od wiercących się kociąt.
- Zmęczona... - Opuściła dumny wzrok na swoje dzieci. - Ale najważniejsze jest to, że kociaki urodziły się zdrowe...
- Są urocze...
Czule otarłem się mordką o policzek Srebrnego Serca.
- Srebrne Serce powinna teraz odpoczywać, Cicha Gwiazdo. - Rzucił nagle Czerwony Liść.
- Oczywiście. - Pochyliłem z szacunkiem głowę, i wraz z zastępczynią wyszedłem z jaskini.
- Kocięta Srebrnego Serca są słodkie.
- Może i są słodkie, ale to oznacza kolejne pyszczki do wykarmienia.
- Ale Klan rośnie w siłę.
- Być może, ale wyszkolenie tych kociaków na wojowników zajmie sporo czasu.
Bez słowa oddaliłem się do swojego legowiska. W Klanie urodziły się pierwsze kocięta...a jeszcze całkiem niedawno byłem w nim całkiem sam...

Ktoś odpisze? .3.

Od Płomiennej Gwiazdy

Rano, kiedy wstałem, ogłosiłem członkom klanu, kto będzie zastępcą... Ciemny Strumyk! Kotka była zaskoczona, ale też szczęśliwa. Gdyby była wojna, a ja bym zginął, klan zostałby bez przywódcy... Ona będzie dobrym zastępcą.
Razem z innymi wojowniczkami poszła na polowanie.
Błękitna Łapa poszedł z Sowim Piórem układać rośliny.
Zostałem sam. Siedziałem na skale.
No tak, może odwiedzę brata? O, nie... Mamy wojnę...
Westchnąłem i wybiegłem z obozu.
Starałem się nie myśleć o tym wszystkim co stało się poprzedniego dnia.
Wskoczyłem na gałąź jednego z drzew i zacząłem przyglądać się granicy mojego klanu i Klanu Zmierzchu. Przycupnąłem i położyłem pyszczek na przednich łapach.
Nagle zobaczyłem sylwetkę jakiegoś kota przechodzącego na nasze terytorium. Kiedy był pod drzewem, skoczyłem na niego. Spodziewałem się, że będzie to kot z Klanu Zmierzchu, ale była to...
- Mgliste Futerko? - zdziwiłem się.
Przygniotłem ją łapą do ziemi.
- Co tam robiłaś? - zapytałem.
- Polowałam, a co miałam robić? - syknęła.
- Przecież wczoraj mieliśmy już przez ciebie kłopoty! Jak możesz być tak bezmyślna, że poszłaś ta kolejny raz?! Naraziłaś cały klan, a jeśli ktoś to widział, to obiecuję, że cię wygnam! - zasyczałem.
Wyszarpała mi się, wstała i otrzepała z ziemi.
- Spokojnie, nikt nie widział, że tam byłam!
- A skąd wiesz?
Nie odpowiedziała już.
- Chodź, wracamy do obozu. - powiedziałem.
Szliśmy w milczeniu.
- Gdzie Ciemny Strumyk i Szara Mordka? - zapytałem, kiedy wchodziliśmy do obozu.
- Polują gdzieś. - mruknęła i usiadła obok legowiska wojowników.
- Wymyślę dla ciebie karę. - syknąłem i usiadłem na skale.
Zastanawiałem się, co u reszty rodzeństwa. Chciałbym ich odwiedzić, ale wiem, że nie mogę...


Ktoś? c:

Od Złocistej Gwiazdy

Wracałam do legowiska dość..... Wkurzona. Nie rozumiem swojego brata.Wojna za takie coś?! Grr... To tak samo, jakbym pokłóciła się, że Cichy ma więcej zwierzyny u siebie....
Nagle przede mną stanął Dębowa Dusza. Nie wyruszył na zgromadzenie z trzech prostych przyczyn: ma już na karku ponad 100 księżyców, jest po części niewidomy i.... Ktoś musiał zostać na wszelki wypadek jakby Słoneczna Kita zaczęłaby rodzić.... Jest już bliska porodu, więc też nie poszła na zgromadzenie.
- I jak z Słoneczną Kitą? - Spytałam siadając przy strumieniu.
- Dobrze. Jak zawsze uśmiechnięta i skora do rozmów. - Uśmiechnął się Dębowy... Chyba jeszcze nie wie co się stało na zgromadzeniu... - A jak tam te kłótnie?
- Stosunki między Klanem Zmierzchu a reszty są jeszcze bardziej oziębłe... - Mruknęłam wpatrując się w odbicie na wodzie. Widziałam siebie smutną ale i jednocześnie wściekłą.
- Hmm... Miałem podobną historię kiedy byłem młody. - Spojrzałam na niego pytającą.
- Normalnie. Przywódca naszego Klanu pokłócił się z Klanem z którym zazwyczaj mieliśmy pokojowe stosunki. Minęło parę księżyców pełnych kłamstw i potyczek. Aż pewnego razu, ich Klan został zaatakowany przez psy. Ruszyliśmy im wtedy z pomocą i wygraliśmy! Chociaż nie było łatwo. I wiesz co?
- Co? - Spytałam zaciekawiona. Przynajmniej mogłam na chwilę mogłam zapomnieć o swoich problemach...
- Pogodziliśmy się. Klany znowu były między sobą mile widziane. Może tutaj też tak podobnie będzie? Może Cicha Gwiazda zrozumie swój błąd i zaniecha wojny?
- Może... Ale to też moja wina. Gdybym pilnowała wtedy Klanu... Jestem kiepską przywódczynią. - Odrzekłam i poczułam kręcącą się w oku łzę.
- Eeeee. Wróbli Płomień sam jest sobie winien. Wiesz co powinnaś zrobić? Ukarać go. Ale nie jakimś wygnaniem czy coś.... Może... Kiedy urodzą się kociaki Słonecznej Kitki.. To.. Każ mu opiekować się nimi kiedy ona akurat będzie chciała odpocząć... Wiesz, kara na wesoło! Może by się wtedy chłopak nauczył matczynności?
- Nie głupia myśl.... - Odrzekłam śmiejąc się pod nosem. Nie widziałam go w tej roli ale..... Kara w sam raz dla niego. Przemyślę to i jutro go ukarzę. - Dzięki Dębowo Duszo. - Dodałam się uśmiechąc do niego.
- Od tego tutaj jestem. - Zaśmiał się. - A teraz życzę miłych snów. - Ukłonił się lekko i wstał kierując się do swojego legowiska.
- I nawzajem. - Mruknęłam i skierowałam się do własnego legowiska. Ale czułam się nadal na siłach... Może odwiedzę Słoneczną Kitkę i zobaczę jak u niej? Jak pomyślałam to i tak zrobiłam. Po chwili byłam już w Kociarni i chyba nie tylko ja chciałam zobaczyć co u niej... Obok Słonecznej Kitki z brzuchem jakby połknęła balon siedziała Wietrzna Paproć i zadawała jej serię pytań.
- Czy aby nie jest za późno na wizyty domowe? - Powiedziałam podchodząc do nich. Wietrzna od razu wstała i zniżyła głowę aż do ziemi. Słoneczna również chciała wstać ale niestety z mniejszym skutkiem. - Jak tam? - Spytałam siadając przed nimi.
- Wspaniale, cieszę się że za parę dni zostanę matką. - Jej oczy szkliły się od radości. Musiała naprawdę być szczęśliwa, nawet jeśli miała wydać na świat z pięć kociaków... Co było nawet możliwe z tym jej brzuchem.
- I do tego zdrowa jak ryba! - Rzekła Wietrzna Paproć która przyłożyła ucho do brzucha przyszłej matki. - Kopią jak szalone. Będziesz miała ruchliwe potomstwo. - Wyrokowała
- Ruchliwe czy nie i tak będę je kochać całym sercem.
- I brzuchem kochana. Wiesz jak trudno wykarmić takie ruchliwego coś? - Odrzekła Wietrzna z miną znawcy.
- Chyba wiesz skoro dałaś radę przeżyć z takim Wróblim Płomieniem. - Mruknęłam chichocząc. Słoneczna Kitka zawtórowała mi.
- On to co innego. - Rzekła obrażona, ale i tak już po chwili śmiała się z nami.
- A propos Wróblego, chyba mam dla niego pasującą karę za ten występek.... - Opowiedziałam im pomysł Dębowej Duszy i kiedy skończyłam znowu wybuchnęłyśmy śmiechem.
- N-nie widzę g-go w tej roli. - Mruknęła nadal rozbawiona medyczka.
- A mi pasuje. Przyda mi się ktoś kto będzie mi przy nich pomagał. - Rzekła już uspokojona ciężarna.
- Zobaczymy co on jutro na to powie. - Stwierdziłam i wstałam wracając do siebie. - Dobranoc! - Rzuciłam na odchodnym i już mnie nie było. Po paru chwila już leżałam zwinięta w kłębek na swoim legowisku i myślami znowu wróciłam do brata....

Ktoś? c: Wiem, wiem... Trochę długie ale wena była.... xD .3.

Od Płomiennej Gwiazdy

W obozie usiadłem przed swoim legowiskiem. Popatrzyłem na koty z mojego klanu. Sowie Pióro rozmawiał z Błękitną Łapą. Pierwszy raz widziałem, jak ten medyk się uśmiecha. Nie było wtedy po nim widać, że jest takim wiecznie zdenerwowanym kotem. Mgliste Futerko właśnie jadła mysz. A Ciemny Strumyk?
- Płomienna Gwiazdo... - o wilku mowa!
Kotka stała z wiewiórką w pyszczku.
Położyła zdobycz obok mnie. Usiadła.
- Czy to oznacza, że będzie wojna? - zapytała.
Westchnąłem.
- Chyba niestety tak. - powiedziałem.
Popatrzyła na swoje łapy.
- Współczuję... - szepnęła. Popatrzyłem na nią pytająco. - No bo... To musi być trudne, pokłócić się tak z rodzeństwem...
- Cicha Gwiazda nieraz się ze mną kłócił, ale... Nigdy nie rozpoczął jeszcze wojny. Widać, że ma kot nowe hobby. - westchnąłem ponownie.
- Ta... Dobranoc, Płomienna Gwiazdo. To wiewiórka dla ciebie. - powiedziała i poszła do legowiska.
Powoli słońce zachodziło, a koty poszły spać.
Wziąłem wiewiórkę i zjadłem.
Zwykle zjadłem kiedy robiło się ciemno, w ciągu dnia wolę nie tracić czasu.
Położyłem się w swoim legowisku i zamknąłem oczy.
Jeśli będzie wojna, potrzebujemy wojowników...
Zasnąłem.


Ktoś?

19 sie 2015

Od Cichej Gwiazdy

- Nikt nie ma nic do powiedzenia?
Wszyscy milczeli, niektóre koty wpatrzone były we mnie ze strachem, w oczach innych zagościła wściekłość.
- Mam was już dość. - Wstałem uderzając ogonem o skałę. - Opuśćcie moje ziemie, natychmiast, i nigdy tu nie wracajcie. Nie chcę was tu więcej widzieć. Każdy Wojownik Klanu Świtu, Dnia lub Nocy przyłapany na moim terytorium, zostanie z niego przepędzony. Wynoście się, póki mam dobry humor. Już.
Cisza.
- Już! - Syknąłem głośno. - Albo będę zmuszony wypędzić was siłą!
- Chcesz wojny? Proszę bardzo! - Fuknął ktoś z tłumu.
- Ja? Gdyby wasi wojownicy nie weszli na nasze tereny, nic nikomu by się nie stało, sami prosicie się o wojnę! To nie ja ustaliłem kodeks wojownika, tylko Starożytni Wojownicy! A wy dobrze wiedzieliście, że nie można go łamać, a jednak to zrobiliście! A teraz spadajcie stąd!
- Idziemy Klanie Dnia. - Warknęła Złocista Gwiazda. Spojrzała na mnie przez ramię, jej oczy szkliły się od żalu, a jednocześnie paliły od nienawiści. Po chwili widziałem tylko znikający między cierniami biały koniuszek puchatego ogona.
- Widzę, że nie mamy tu czego szukać. Klanie Świtu, wracamy. - Płomienna Gwiazda pierwszy raz w życiu był taki poważny.
Zanim zniknął w zaroślach, wysyczał jeszcze pożegnanie. Po chwili on i jego wojownicy zniknęli.
Stanąłem tuż przed moją siostrą, i patrzyłem jej w oczy.
- A co ty powiesz Srebrzysta Gwiazdo?
- Wrrrrrr... - Cofnęła się dwa kroki. Schowała pazury i przymrużyła oczy przepełnione nienawiścią. - Pożałujesz tego, "bracie".
Wybiegła z obozu niczym torpeda.
- Ach...co ze mnie za Mysi Móżdżek... - Smętnym krokiem odszedłem do mojego legowiska. Skuliłem się i myślałem...jak to odkręcić. - Wszystko zepsułem...wywołałem wojnę.....i nie mogę już tego naprawić...
Srebrna łza spadła na moje czarne futro. Zamknąłem oczy, i pogrążyłem się we śnie. Jutro będzie inny dzień...


Ktosieły? .3.

Od Płomiennej Gwiazdy

Siedziałem obok rodzeństwa przyglądając się temu, jak Cichy i Srebrzysta o czymś rozmawiają... A może raczej się kłócą? Wstałem i stanąłem pomiędzy nimi, żeby umilkli.
- Sory, że tak nieładnie się wpycham, ale jakbyście nie zauważyli jest zebranie. - mruknąłem.
Cicha Gwiazda zasyczał cicho i odwrócił się w stronę innych kotów, Srebrzysta Gwiazda także odwróciła pyszczek w tamtą stronę. Usiadłem tam, gdzie stałem, żeby znów nie zaczęli się mordować.
Mgliste Futerko była dziwnie spokojna, jakby nic się nie stało i nie była winna. Siedziała wyprostowana i patrzyła przed siebie. Zastanawiałem się, co ta wojowniczka robiła ma terytorium mojego brata. Zapytałbym ją o to, ale tak nie wypada przy wszystkich kotach.
- Więc, Płomienna Gwiazdo, co powiesz? - odezwał się wreszcie Cicha Gwiazda.
- A co mam niby powiedzieć? - syknąłem. - Ja nie mówiłem żadnemu kotu z mojego klanu, żeby szedł na twoje terytorium. Wiem, że powinienem bardziej pilnować wojowników, ale mam też inne ważne sprawy.


Ktoś? c:

Od Srebrzystej Gwiazdy

Uwaga! Jako, że jestem osobą, która kocha oskarżać innych, kiedy nie ma ich na czacie (XDDD), ostrzegam, że wkopałam w to opowiadanie kilka kotów i za chiny tego nie usunę XDD.

Taaa...Od czego tu zacząć? Może od tego, że Cicha Gwiazda jest za bardzo przewrażliwiony? Nie to i tak by nie pasowało. Kot nawet łapy nigdzie nie może postawić, bo już się wściekają. Najgorsze jednak jest to, że ja jako najmłodsza z nich wszystkich i ta, która dostała najgorzej rozdane karty w życiu, nie jest nawet wspierana przez resztę rodzeństwa, które chociaż w małym stopniu powinno pomóc mi przypomnieć sobie to co było wcześniej. Wiem dobrze jak czuli się, kiedy po wypadku powiedziałam im, że nie mam zielonego pojęcia kim są. Płomienna Gwiazda powiedział mi co czuli. Zawsze wiedziałam, że to on najbardziej się o mnie troszczył, a odkąd zachciało się im wszystkim zakładać klany, wszyscy zaczęli mieć mnie w dupie. Teraz nie mam zupełnie nikogo.

Zapytacie pewnie co robiłam na terenach Klanu Zmierzchu? Mianowicie chciałam dowiedzieć się czy ktoś o mnie jeszcze pamięta. Wcale nie polowałam. Mam swoje tereny i swoją zwierzynę, którą mogę upolować. Po prostu chciałam się z nim zobaczyć. Zobaczyć się z Cichą Gwiazdą i porozmawiać, bo najzwyczajniej nie mam z kim.

W zamyśleniu wstałam z miejsca i skierowałam się w stronę czekających na mnie kotów, które pewnie też bezpodstawnie zostały oskarżone. Taki już jest Cichy. Nadpobudliwy. Spojrzałam na Wróblego Płomienia, który najwyraźniej też mocno o czymś myślał. Podeszłam do niego i wyszeptałam:
- Mówię ci, będzie dobrze - uśmiechnęłam się i podeszłam do mojego "chorego" braciszka. - Przyjemnie tak oskarżać młodszą, poszkodowaną w pewnym sensie przez ciebie siostrę? - syknęłam wrogo się w niego wpatrując.
Dobrze widziałam, że się w nim przeze mnie gotuje. Ale cóż poradzić, taka prawda. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby miał chęć zrobić to ponownie. Fakt faktem wiem, że kilkanaście księżyców temu nie zrobił tego specjalnie, ale jednak mam prawo go obwiniać.

Reszta kotów weszła na skałę i wpatrywała się w Cichego nieobecnym wzrokiem. Wtedy ten podszedł do mnie.
- Zamknij się. Nie zrobiłem tego specjalnie i dobrze to wiesz! - warknął tak, że tylko ja go słyszałam.

Anyone?

Od Wróblego Płomienia

Nie lubię zebrań.
Zwłaszcza kiedy to ja jestem winny.
Nie chciałem tam polować. Moja wina że uciekałem od myszy? Ona była o taaaaaka wielka i miała o taaaaakie zęby. Zanim się obejrzałem a już byłem na ich terytorium. Już nawet chciałem zawracać ale wtedy zobaczyłem ją.... Mgliste Futerko...
Była taka piękna w tych bliznach....
Podszedłem do niej i....
Walnęła mnie w pysk. Uciekłem wtedy od niej.
Niestety, zbyt wiele się nie wypłakałem bo po jakimś czasie znalazła mnie Jasna Paproć.
Ups.
Teraz siedzę ze spuszczonym pyskiem i czekam na dalszy ciąg nieszczęść.... Obok mnie siedział Sowie Pióro, chyba nie był zadowolony z tego wszystkiego. Zaraz.. On..... Nie ma.. Ogona?! Biedak, to czym teraz będzie machał, tyłkiem na prawo i lewo? Spojrzałem na górę i zobaczyłem jego.... Oraz Jasną Paproć. Zołza jedna. Gdyby nie ona, ani ja ani Mgliste Futerko nie bylibyśmy winni. A teraz to masz babo placek. Znaczy nie, masz kotko mysz, chwila... Mysz?! Lepiej się już zamknę z tymi mądrościami ludowymi....
- Wszyscy są? - Spytał Cicha Gwiazda który dumnie uniósł głowę. Czym się tak puszy? Niech lepiej uważa bo mu głowa jeszcze na tyłek poleci z tej radochy...
- Tak! - Odkrzyknęliśmy.
- Jak wiecie, niektórzy z waszych Klanów bezkarnie polowali na naszych terenach.  A byli to: Mgliste Futerko, Wróbli Płomień i Srebrzysta Gwiazda. - Kiedy wypowiedziano moje imię poczułem na sobie wzrok wszystkich zgromadzonych... - Niech oni wejdą tu do mnie i ich przywódcy! - Mam jako winny wyjść na wszystkich oczach?! Spokojnie... Pomyśl że wszyscy są w majtach.... To raczej mi nie pomaga!
Z głową po samą ziemię doszorowałem się do wskazanego miejsca i czekałem na dalszy rozwój wydarzeń...
Litości! Teraz po nocach będą mi się śniły te majty!

Cicha Gwiazdo? Płomienna Gwiazdo? Złocista Gwiazdo? Srebrzysta Gwiazdo? Mglisty Futerku? Sowi Pierze?.... .3. xD

Od Sowiego Pióra

Właśnie układałem wszystkie rośliny osobno, żeby się nie mieszały. Nagle do mojej jaskini wbiegła Mgliste Futerko. Popatrzyłem na nią zdziwiony.
- Chodź, inne klany znów mają jakieś problemy.- powiedziała.
Irytowało mnie to, że zawsze ktoś musiał mi przeszkodzić, kiedy akurat szybko szła mi praca. Westchnąłem cicho i pobiegłem za kotką.
Po chwili znaleźliśmy się w obozie Klanu Zmierzchu.
Na skale siedział Cicha Gwiazda, obok niego była Jasna Paproć. Nie wiedziałem, o co znów chodzi, ale to mi się nie podobało.
Koty z wszystkich klanów były zebrane. Nie cierpię tłumów. Tuż obok mnie siedział jakiś kot. Zasyczałem tak cicho, że nikt tego nie usłyszał i odsunąłem się od niego.
Kilka kotów szeptało coś pomiędzy sobą, ale nie chciało mi się ich podsłuchiwać.
Moje futro na ''ogonie'' było lekko nastroszone. Byłem wściekły, że ktoś znów musiał mi przeszkodzić.
Popatrzyłem na przywódcę Klanu Świtu.
Pierwszy raz widziałem go tak poważnego.
Ciemny Strumyk siedziała za wszystkimi kotami, w ciszy. Mgliste Futerko usiadła obok mnie, patrząc na tłum zebranych kotów.

Ktoś?

Od Cichej Gwiazdy

Syknąłem w myślach i schowałem pazury. Machnąłem w zdenerwowaniu ogonem.
- Dobrze, idziemy do naszego obozu, tam wszystko obgadamy. - Powiedziałem nieco spokojniejszym tonem.
Ruszyliśmy. Po kilkunastu minutach marszu, dotarliśmy do obozu. W wejściu przywitała nas srebrzysta kotka, Srebrne Serce, przyszła matka. Jej nabrzmiały brzuch uginający się pod ciężarem nienarodzonych kociąt, z pewnością utrudniał jej chodzenie. Skinęła z szacunkiem głową na mój widok i mruknęła wesoło. Nic nie odpowiedziałem, tylko również skinąłem łebkiem. Srebrne futro kotki nastroszyło się, gdy zobaczyła członków innych Klanów. Ale po chwili uspokoiła się, wyczuła że niebezpieczeństwa nie ma. Odeszła do swojego legowiska. Wskoczyłem na skałę na środku obozu, Jasna Paproć usiadła tuż obok mnie machając koniuszkiem ogona.


Ktośki, odpisujta .3.

Od Złocistej Gwiazdy

Nie jest dobrze... Wróbli Płomieniu, czemu musisz być takim Mysim Móżdżkiem?! Karciłam w duchu wojownika ale i tak nie zmienię tego, co się stało...
- Bracie, spokojnie, nie powinniśmy tak od razu wybierać pochopnych decyzji. Najpierw musimy zebrać wszystkich ze wszystkich Klanów i... Spokojnie to wszystko przedyskutować.
- Uważasz że mamy z tym zwlekać? - Syknął Cichy, który już nie był taki... Cichy.
- Nie, ale nie możemy tutaj się kłócić. Nie na moim terenie. - Odpowiedziałam już lekko podenerwowana. Nie chciałabym aby doszło do rozlewu krwi.
- Tak? To czemu Płomienna Gwiazda i Mgliste Futerko tutaj są? - Tym razem odezwał się Czerwony Liść.
- Bo dostaliśmy zaproszenie od nich że możemy tutaj przyjść. - Płomienny wystąpił krok na przód.
- Ale my nie pozwoliliśmy wam na polowanie na naszym terenie! - Również Cichy wystąpił krok na przód.
- Ale czy to na pewno wasz teren? Przecież dopiero przygotowujemy wszystkie Legowiska i tereny łowieckie. - Odezwał się Wietrzny Paproć z tyłu. Za nią stała przestraszona Wiewiórcza Łapa.
- Wystarczy tego przedstawienia! Cicha Gwiazdo, jako poszkodowany Klan możecie wybrać gdzie chcecie zrobić zgromadzenie i wytłumaczymy sobie wszystko. Wezwiemy też Klan Nocy i resztę członków Klanu Świtu. Pasuje? - Stanęłam między Cichym a Płomiennym.

Cicha Gwiazdo? .3.

Od Cichej Gwiazdy

Wszedłem dumnie do obozu z Czerwonym Liściem i Jasną Paprocią u boku, minę miałem ponurą, oczy zmrużone w szparki, nawet moje prawe, zamglone oko było przepełnione złością.
- Witaj bracie! - Wykrzyknął Płomienna Gwiazda.
- Milcz. - warknąłem.
- Co się stało? - Spytała Złocista Gwiazda zeskakując ze skałki.
- Wy mi powiedzcie! - Syknąłem głośnym, stalowym tonem wypełnionym wściekłością. - Jasna Paproć była na polowaniu. Całkiem niedaleko naszej rzeki, napotkała Mgliste Futerko, natomiast kilkaset metrów dalej, Wróblego Płomienia. A Czerwony Liść gdy zbierał zioła, zetknął się z samą Srebrzystą Gwiazdą! Macie mi coś do powiedzenia moi drodzy? Czemu wasi wojownicy polują na naszym terytorium?
Wysunąłem pazury i przykucnąłem lekko, gotów w razie potrzeby zaatakować.


Płomienny or Złocista? .3.

Od Złocistej Gwiazdy

- Moi mili, chcę wam przedstawić Przywódcę Klan Świtu, Płomienną Gwiazdę. - Wskazałam łapą na brata. - Obok niej jest Mgliste Futerko, wojowniczka Klanu Świtu. - Dodałam wskazując tym razem na kotkę. - A to są członkowie mojego Klanu. - Tym razem zwróciłam się do brata i Mglistej. - Wietrzna Paproć, medyk, Wróbli Płomień, i Wiewiórcza Łapa. - Pokazałam po kolei członków.
- Ładnie tu. - Stwierdził brat. Reszta nadal z zainteresowaniem przyglądała się owej dwójce. Mglista nie wytrzymała i poirytowana krzyknęła.
- Na co się gapicie?! Nigdy nie widzieliście kota?!
- S-Spokojnie Mgliste Futerko. - Odezwał się brat który nie spodziewając się wybuchu kotki schował się za moimi plecami.
- Może... Chcecie sobie pooglądać jak się tutaj urządziliśmy? - Spytałam starając się zapobiec kolejnej erupcji kotki.
- Chętnie.
Pokazałam im wszystko co dotychczas zrobiliśmy, od Kociarni po sam strumyk. Następnie Płomienny wraz z Mglistą zaczęli zbierać się do powrotu na swój teren gdy nagle zauważyliśmy kroczącego dumnie Cichą Gwiazdę.
- Witaj bracie! - Krzyknął Płomienny.

Cicha Gwiazdo? .3.

Od Płomiennej Gwiazdy

- Taa. Ale to dzięki Ciemnemu Strumykowi, pomagała mi. - powiedziałem patrząc na jasnoszarą kotkę siedzącą przed legowiskiem wojowników.
Moja siostra popatrzyła na wojowniczkę, a później Sowie Pióro, który wszedł do obozu z różnymi roślinami w pyszczku.
Za nim szła Mgliste Futerko, także z roślinami. Nieźle się dogadują, pomaga mu.
- A jak tam twój klan, siostra? - spojrzałem na kotkę.
- W porządku. - odpowiedziała.
- Mogę was odwiedzić? - zapytałem.
- Uh... Okej. - zgodziła się.
Uśmiechnąłem się.
Ciemny Strumyk popatrzyła na mnie ze zdziwieniem, kiedy zacząłem odchodzić, ale po chwili zauważyła Złocistą Gwiazdę i zrozumiała, gdzie idę.
Skinęła łebkiem dając mi znak, że przypilnuje obozu.

Po chwili znalazłem się w obozie Klanu Dnia. Nagle poczułem dotyk na karku. Popatrzyłem w tył.
To była Mgliste Futerko.
- Co tutaj robisz, Płomienna Gwiazdo? - zapytała.
- Odwiedzam siostrę. - odpowiedziałem.
Skinęła łebkiem.
Usiadła obok mnie.
Członkowie Klanu Dnia przyglądali nam się ze zdziwieniem.
- Co się patrzycie? Wiem, że jestem piękna, ale nie lubię, jak ktoś się gapi. - syknęła Mgliste Futerko.
Odwrócili wzrok.

Ktoś z Klanu Dnia?

Od Złocistej Gwiazdy

Czy nadaję się na przywódczynię? Prawdopodobnie nie, ale no cóż..... Raz się żyje... Zerknęłam na Wietrzną Paproć która razem z Wróblim Płomieniem kończyli legowisko dla medyka. Była to mała jaskinia. Obok była kolejna, tym razem większa - w sam raz na Kociarnię. A w niej legowiska dla matek i kociaków. Wzięłam parę gałęzi i pomogłam która akurat była zajęta legowiskiem dla Terminatorów. Obok były legowiska dla wojowników i starszyzny. Moje legowisko było akurat trochę dalej, niedaleko strumyka, idealny do picia dla kotów. Kiedy wszystko było skończone wszyscy rozłożyli się do własnych legowisk. Ja akurat nie byłam aż tak zmęczona żeby nie pójść do braci i zobaczyć jak się mają. Poinformowałam przed tym Wietrzną Paproć żeby pilnowała Wiewiórczą Łapę i tego Mysiego Móżdżka, jakby znowu chcieli coś zmajstrować. Po dość krótkim spacerze weszłam na terytorium Płomiennego. Po chwili zauważyłam brata wylegującego się na skale.
- A ty jak zwykle leniuchujesz. - Podeszłam do niego i walnęłam łapą w głowę brata. Ten po chwili otworzył jedno oko a kiedy zobaczył że to ja, podniósł się z ziemi i potężnie ziewnął.
- Wiem, że Kodeks nie pozwala raczej na odwiedzanie, ale chciałam zobaczyć jak wam idzie i muszę rzec, nieźle się tutaj urządziłeś bracie.

Płomienna Gwiazdo? .3.

Od Płomiennej Gwiazdy

- No dobra, dobra. - mruknąłem.
Odwróciłem się i wróciłem na swoje terytorium. Usiadłem na małej skale w obozie i zacząłem lizać swoją przednią łapę. Po chwili zobaczyłem Ciemny Strumyk idącą z dwoma ptakami w pyszczku. Odłożyła je na stos mniejszych kamieni, gdzie kiedyś będzie się kładło jedzenie dla klanu.
Jasnoszara kotka przyniosła ze sobą jeszcze kilka gałązek i paproci, po czym zakryła nimi ostatnią dziurę w legowisku wojowników.
Wszystkie inne legowiska też były gotowe. Jeszcze tylko ogrodzić jakoś cały obóz i będzie wszystko gotowe...
- Sądzę, że można jakoś nazbierać ciernie. - powiedziała, jakby czytając mi w myślach.
- Dobry pomysł. Pomogę ci. - poszliśmy.
Było to trudne zadanie. Zbierać ciernie i nie okaleczyć się. Miałem już lekko pokaleczony pyszczek, ale nie było to nic poważnego.
Ciemny Strumyk miała już pełny pyszczek.



Jakoś udało nam się je zakopać. Kiedy się rozrosną, będziemy mieć gotowy obóz. Wszystko wyglądało dobrze. Na środku obozu było małe jeziorko, z którego mogły pić koty. Medyk nie miał legowiska, tylko małą jaskinię. Kociarnia była duża, a w niej legowiska były zrobione także z miękkiego mchu. Terminatorzy i wojownicy mieli legowiska obok siebie. Ja miałem legowisko na jednej z wyższych skał w obozie.
- Co teraz trzeba zrobić? - zapytała wojowniczka.
- Odpoczywać. - położyłem się na skale.
Wydawała się szczęśliwa, że mogła odpocząć.


Ktoś?

Od Cichej Gwiazdy

Udało mi się wygramolić spod mojego brata. Otrzepałem się z kurzu i zacząłem wygładzać zmierzwione futro. Po chwili spiorunowałem Płomienną Gwiazdę wzrokiem. Przekręciłem głowę bardziej w prawo, żebym lepiej wszystko widział, ponieważ to właśnie moje prawe oko jest zasnute mgłą i całkowicie nie widzące. Mogłem podziwiać świat tylko lewym okiem...
- Co robisz na moim terytorium? - Rzekłem stalowym głosem wciąż wylizując skołtunione futro na piersi.
- Wpadłem odwiedzić brata, to wszystko.  - Uśmiechnął się lekko przechylając głowę.
- Ach tak? A ja myślałem że wiesz, że masz swoje ziemie a ja swoje. Zmykaj stąd.
- To już nawet z rodzeństwem nie można się zobaczyć?
- Wkrótce zgromadzenie, będziemy mogli się sobą nacieszyć. A teraz już sobie idź. - Machnąłem nerwowo ogonem i zastrzygłem uchem.


Płomienna Gwiazdo? .3.

18 sie 2015

Od Płomiennej Gwiazdy

Nowy klan, nowa członkini... Zastanawiałem się, co tam u mojego rodzeństwa.
- Idę na polowanie, Płomienna Gwiazdo. - powiedziała Ciemny Strumyk.
- Okej... - skinąłem łebkiem.
Smukła sylwetka kotki po chwili zniknęła gdzieś w lesie, pomiędzy drzewami.
Obóz był w budowie, ale prawie gotowy. Z pomocą pręgowanej kotki szło mi o wiele szybciej.
Postanowiłem odwiedzić Cichą Gwiazdę.
Wiedziałem na szczęście, gdzie jest jego terytorium. Po chwili zobaczyłem kocura.
Wskoczyłem na gałąź nad nim.
Odbiłem się tylnymi łapami i na niego skoczyłem, przygniatając do ziemi.
- Braaat! Czy nie tęskniłeś? - uśmiechnąłem się.
Kocur wyglądał tak, jakby miał ochotę dać mnie na pożarcie psom... Pewnie z chęcią by to zrobił.
- Co taka smutna mina?
- Ej, brat. - powiedział nagle.
- Taaak?
- Brat, błagam, zejdź ze mnie.
Cofnąłem się o kilka kroków, pozwalając mu się podnieść.


Cicha Gwiazda? Ktoś? xD