30 sie 2015

Od Cichej Gwiazdy

- Cicha Gwiazdo. - Zastrzygłem uchem słysząc głos zastępczyni. Nie wstawałem jednak, poruszyłem jedynie barkami. - Cicha Gwiazdo, obudź się.
- Nie spałem. - Odpowiedziałem z wciąż zamkniętymi oczami. - O co chodzi?
- Nie wiem, jak ci to powiedzieć...
- Spróbuj.
- Uhhm...Płomienna Gwiazda...chciałby się z tobą widzieć...
W jednej chwili się podniosłem słysząc imię mego brata.
- Jest tutaj?
- Czeka przed wejściem do obozu.
- Hm...niech wejdzie.
Powolnym krokiem wyszedłem z legowiska. Jasna Paproć w kilka chwil była przy wejściu do obozu, a po chwili u jej boku na polane wszedł rudy kocur.
- Płomienna Gwiazdo. - Pochyliłem z szacunkiem głowę, mój brat również. Wskazałem nosem na moje legowisko, tam też się udaliśmy. Ułożyłem się na mchu i spojrzałem Płomiennej Gwieździe w oczy. - A więc? Co cię tu sprowadza?
- Ten włóczęga który ostatnio mnie zaatakował...
- Ten którego przegnałem?
- Tak, dokładnie ten. On...zabił jedną z moich wojowniczek, matkę młodego terminatora.
- Przykro mi z tego powodu. - Machnąłem ogonem mrużąc oczy. - Jednak przejdźmy do rzeczy, po co tu przeszedłeś?
- Prosić cię o pomoc. Chciałbym aby ty i twoi wojownicy przegnali go z naszych terenów...
- Czemu prosisz o to akurat mnie?
- Ostatnim razem prawie go zabiłeś...wydaje mi się, że czuje przed tobą strach.
- Przede mną?
- Tak...
- Rozważę to bracie, lecz nic nie mogę ci obiecać. - Rzekłem niewzruszonym tonem podnosząc się z legowiska na przednie łapy. - A teraz idź.
- Dziękuje Cicha Gwiazdo...
Sprężystym krokiem odszedł, minę miał trochę smutną, ale oczy pełne nadziei.
- Co zamierzasz zrobić? - Machnąłem nerwowo koniuszkiem ogona słysząc głos Jasnej Paproci.
- Musimy przepędzić tą szarą kupę kłaków. Póki kręci się w pobliżu, młode nie są bezpieczne, a nie chodzi tu tylko o nasz Klan. Z tego co słyszałem, w Klanie Dnia urodziła się piątka kociaków. - Momentalnie odwróciłem wzrok w stronę brązowawej kotki. - A póki ten włóczęga chodzi po naszych terenach, żadne kocięta nie są bezpieczne.
Skinęła porozumiewawczo głową. Nagle jej wąsy zadrgały, zaczęła węszyć i nasłuchiwać.
- Co się dzieje? Czujesz coś?
- Czy to nie zapach tego samotnika? - Powiedziała nerwowo. Źrenica w lewym oku zmniejszyła się momentalnie. Wciągnąłem powietrze w płuca.
- To on! To ścierwo gdzieś tu jest! - Zerwałem się na równe łapy. - Biegnij do kociarni, pilnuj Srebrnego Serca, nie pozwól nikomu do niej podejść!
W oczach zastępczyni dostrzegłem strach, raptownie jednak odwróciła wzrok i zrywając się z miejsca sprintem popędziła do kociarni. Za sobą usłyszałem kroki medyka.
- Cicha Gwiazdo, co się dzieje?
- Czerwony Liściu - obróciłem się w stronę uzdrowiciela. - miej medykamenty w gotowości.
- A-ale co się dzieje?
- Wszystko powiem ci później.
Spojrzał na mnie pytająco, ale nie zamierzał zadawać więcej pytań, odszedł do legowiska szybkim krokiem. W zaroślach coś zaszeleściło.
- Pokaż się szare ścierwo. - Syknąłem podchodząc bliżej. - Wiem że tam jesteś, wyłaź tchórzu!
Moja cierpliwość się wyczerpała. Wskoczyłem w krzaki, tam go jednak nie było.
- W Mordę Wrony!
Pobiegłem do kociarni. Echem po jaskini odbijał się płacz przerażonych kociąt. Pobiegłem do legowiska Srebrnego Serca. Kociaków tam nie było, Jasna Paproć leżała nieprzytomna. Srebrne Serce była ranna, nie mogła się ruszyć.
- GDZIE ON JEST?!
- W-wybiegł drugim wejściem... - Wyszlochała młoda matka. - Zabrał kociaki...wszystkie trzy...
Wybiegłem z kociarni wzrokiem szukając złodzieja.
- Czerwony Liściu! - Natychmiast wybiegł ze swojej nory z pajęczyną i jakimiś ziołami. - Leć do kociarni, Srebrne Serce jest ranna!
Nic nie mówiąc zniknął w jaskini. Ja węszyłem za włóczęgą, jednocześnie nasłuchując pisków kociaków. Nagle znikąd, z drzewa nade mną spadł jak grom z jasnego nieba koci bandzior. Przygniótł mnie do ziemi warcząc.
- GDZIE SĄ KOCIĘTA?! - Fuknąłem pod pazurami przeciwnika wbitymi w mój kark.
- Myślisz że ci powiem!?
Warknąłem cicho pod nosem. Po chwili jednak ciche, prawie niesłyszalne warknięcie zamieniło się w dziki syk. Zebrałem w sobie wszystkie siły i wyskoczyłem w powietrze. Kocur jednak wciąż był uczepiony mojego grzbietu. Jednym potężnym walnięciem łapy w pysk odrzuciłem go dwie długości lisa dalej. Wysunięte pazury miałem zachlapane jego krwią, która co chwile spadała na ziemię, tworząc na piachu mokre, szkarłatne cętki. Spojrzałem na szarego kota. Z jego mordki lała się krew, oberwał prosto w pysk. Nie otwierając oczy, próbował się podnieść. Podszedłem jednak do niego. Nie zważając na zlepiającą futro krew spływającą po mojej łapie, przyszpiliłem go do ziemi.
- Mam już dość uganiania się za tobą po naszych terenach. Gdzie są kocięta, gadaj.
- Ngh...nie myśl nawet że się dowiesz...
- GADAJ! - Wbiłem pazury w jego bok. - Póki chcę rozmawiać!
- Urgh...w dziupli...w wierzbie, nad strumieniem...całe i bezpieczne...
Schowałem pazury. Pozwoliłem mu się podnieść, wtedy walnąłem go łapą w krwawiący bok.
- Wynocha. - Stał chwilę jak sparaliżowany, wpatrzony we mnie.
- Nie zabijesz mnie...?
- Wynoś się póki możesz. Drugiej szansy nie dostaniesz.
Warknął jakieś przekleństwo pod nosem i kulejąc zaczął iść w stronę wyjścia.
- I nie waż się wracać!
- Następnym razem rozszarpie cię na--!
- Jeżeli jeszcze raz postawisz łapę na mojej ziemi, to nie będzie następnego razu. - Fuknąłem stalowym głosem. Przestraszył się, gdyż podkulił ogon, w jego oczach zagościł strach. O to mi chodziło. - WON!
Wybiegł z obozu na trzech łapach podskakując jak kulawy borsuk. W okolicy wyczułem zapach Klanu Dnia....ciekawe...ale rana na karku mocno krwawiła...opadłem z sił, zemdlałem.


Ktośki? .3. Czyt. Złocista? xD







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz