31 sie 2015

Od Płomiennej Gwiazdy

Kiedy obudziłem się rano, było prawie całkiem ciemno. Wstałem i zorientowałem się, że w ziemi jest lekkie wgłębienie po mnie. Mgliste Futerko mocno mnie wczoraj uderzyła, prawie dziurę w obozie zrobiłem. Wszyscy jeszcze spali. Kiedy się obudzili ogłosiłem coś...
- Od jakiegoś czasu Błękitna Łapa nie ma mistrza. Potrzebujemy wojowników, więc od teraz tego terminatora będzie uczyć Mgliste Futerko. - powiedziałem.
Koty zetknęły się nosami.

Dzień zapowiadał się normalnie, ale okazało się, że nie będzie taki, jak inne. Postanowiłem pójść do lasu, żeby pomóc Sowiemu nazbierać roślin. Przez całą drogę tłumaczył mi, jak wygląda ta, której szukamy. Nie zapamiętałem wiele, ale udało nam się sporo uzbierać. Nagle poczułem krew.
- Sowie Pióro, dasz radę wrócić z tym sam to obozu? - zapytałem.
- Jhnejedaae... - mruknął z zapchanym pyszczkiem roślinami tak, że nic nie zrozumiałem.
- Załóżmy, że to oznacza ,,tak''... - powiedziałem i nie czekając na jego odpowiedź, na pewno także wypowiedzianą w ten sam sposób, ruszyłem za zapachem krwi.
Z każdą sekundą stawał się coraz mocniejszy, aż dobiegłem na miejsce. Nie byłem już na swoim terytorium. Na trawie była wielka kałuża krwi. Poczułem też włóczęgę i... Mojego brata?
Okej, okej, pomyślmy... Zginął tu albo włóczęga, albo Cicha Gwiazda. Ale w tym problem, że gdyby zginął włóczęga, nikt nie zabrałby jego ciała... Więc... Mój brat...
Ruszyłem do obozu Klanu Zmierzchu.
Tuż przed wejściem zatrzymałem się. Zaglądnąłem tam.
Nie widziałem Cichej Gwiazdy.
Odwróciwszy się, poczułem go kawałek dalej.
Pobiegłem tam.
Zobaczyłem medyka z Klanu Zmierzchu opatrującego rany mojego brata. Usiadłem tam, gdzie stałem wcześniej. Kocur po chwili mnie poczuł i odwrócił się w moim kierunku.
Skinąłem łebkiem na znak, że nie zaatakuję. 
Medyk wrócił do opatrywania ran przywódcy.
- C-co...? – podniósł się.
- Leż, Cicha Gwiazdo. – powiedział medyk.
- Co się stało?
- ......byłeś w łapach Gwiezdnego Klanu...straciłeś jedno życie, racja?
- Tak...w tym życiu, mój mistrz, Borsucze Serce, podarował mi Odwagę. – mówił kocur.
- Przyda się. – odezwałem się.
- Płomienna Gwiazda? – Obrócił się w moją stronę.
Uśmiechnąłem się.
- Ehhh... Co tutaj robisz? - zapytał.
- Szukam mordercy. - mruknąłem. - Widzę, że z nim walczyłeś. Kto wygrał?
- Gdybym wygrał, włóczęga by mnie zabił? - Cicha Gwiazda zrobił zirytowaną minę.
- Aaa... No w zasadzie to logiczne...
Mój brat mruknął coś pod nosem.
Nagle jego oczy zrobiły się okrągłe.
- KOCIĘTA!
- Kocięta? Nie mówiłeś, że masz kocięta! - zdziwiłem się.
- Nie takie kocięta!
- Czyli ich nie kochasz?
- Aaaahhh... Mój mózg... Jak to możliwe, że jesteśmy rodzeństwem?!
- Naszą matkę zapytaj, skąd pewność, że jesteśmy braćmi? A... Się urodziliśmy...
- Jak zginiesz, życzę ci, aby nasza matka dała ci w następnym życiu mądrość... - powiedział Cichy - Ale to się nigdy nie zdarzy, bo w twoim mózgu nie ma na to miejsca.
Już chciałem odpowiedzieć, ale zorientowaliśmy się, że medyk cały czas się nam przygląda.
Siedział nieruchomo i patrzył na nas ze zdziwieniem.
- Em... Więc ten... Jakie kociaki? - popatrzyłem na brata.
- W dziupli, w wierzbie, nad strumieniem. - powiedział.
Skinąłem łebkiem.
Zostawiłem brata i pobiegłem w tamto miejsce.
- Wierzba... - szybko zobaczyłem drzewo i dziuplę - Mam was...
Potruchtałem tam.
Zajrzałem do dziupli. Ale kociaków... Nie było.
- Co jest... - mruknąłem.
Usłyszałem piski maluchów.
Dochodziły z wysokiej trawy obok...
Popatrzyłem tam. Na całe szczęście, trójka kociąt leżała obok siebie. Włóczęga specjalnie je tam schował, czy cwaniaki jakoś tam się poturlały.
- Wolę się nie dowiedzieć, jak tu przyszłyście z tej dziupli. - szepnąłem.
Wziąłem dwa maluchy na grzbiet, a jednego do pyszczka.
Musiałem jak najszybciej zanieść je do ich matki. Przez całą drogę starałem się iść tak, żeby dwa kociaki nie spadły na ziemie. Udało się. Powoli wszedłem do obozu Klanu Zmierzchu. Tam był już Cicha Gwiazda. Pokazał mi łapą, gdzie jest kociarnia.
Poszedłem tam i zobaczyłem matkę, z opatrzonymi ranami, pewnie po ataku włóczęgi. Popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. Nie wiem, czy bardziej chciała od razu zabrać kociaki, czy mnie zamordować. Tak, nagle do kociarni wbiega włóczęga i morderca, próbuje ją zabić, zabiera kocięta, a potem jej potomstwo przynosi przywódca wrogiego klanu. Ciekawe.
Położyłem wszystkie kociaki przed nią.
- Są całe i zdrowe. - powiedziałem i wyszedłem z kociarni.
Podszedłem do brata.
- Więc... Nie daj się znów zabić. - uśmiechnąłem się i wybiegłem z obozu.
Biegłem, znalazłem się na swoim terytorium.
Zaraz, zaraz...
Gdzie teraz jest włóczęga? Odwróciłem się natychmiast, będąc pewnym, że morderca stoi tuż za mną, ale nikogo tam nie było. Powoli robiło się ciemno. Rozglądnąłem się. Niby wroga nie było, ale... Czułem, że tu jest. Że na mnie patrzy. Czeka, żeby skoczyć i mnie zabić.
Wróciłem do obozu, gdzie od razu położyłem się w legowisku i zasnąłem...

Ktoś?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz