- Świetnie... - mruknąłem.
Przypomniałem sobie o pytaniu siostry.
- Ja też miałem dziwny sen. - powiedziałem. - Jak to było... O! Przed wami długa droga. Idźcie tam, gdzie lecą wielkie ptaki. Te drapieżniki uratują wam życia... Tak to jakoś było. Później spotkałem Ciernistą Duszę i Kruczy Wiatr, do których idziemy. Tą drugą spotykałem w snach już wcześniej. Złocista Gwiazdo... Ciernista Dusza cię pozdrawia!
Musiałem to powiedzieć. Ciernista Dusza mnie zamorduje. No cóż.
- Dzisiaj jest już w porządku, tylko trochę mi słabo. - usłyszałem Jastrzębiego.
- A mnie boli głowa. - burknął Sowi.
- Przestańcie marudzić! - syknęła Srebrne Serce, najwyraźniej obudzona przez nich.
- Dobrze, że się obudziłaś, bo znów musimy iść dalej. - mruknął medyk.
Nie słuchałem dalej tej rozmowy, czy tam kłótni. Rozpoczyna się nowy dzień. Mamy iść tam, gdzie lecą wielkie ptaki. Popatrzyłem na niebo, ale nic takiego nie widziałem... Może pojawią się później? Koty powoli zaczęły się budzić, więc kiedy było już całkiem jasno, mogliśmy zacząć wędrówkę... Ale gdzie iść? Znów popatrzyłem na niebo. Tak! Dwa wielkie ptaki leciały w stronę... Wielu, naprawdę, ale to naprawdę wielu kamieni. Po chwili przyglądania się im zorientowałem się, że to jakieś niezbyt duże, ale jednak, góry. Jedynym przejściem najwyraźniej była jaskinia. Wyruszyliśmy, nie możemy tracić czasu.
Kiedy znaleźliśmy się pod jaskinią, zauważyłem, że jest ogromna i dosyć ciemna. To może być niebezpieczne.
- Czekajcie. - powiedziałem. - Ja pójdę tam pierwszy. Zobaczę czy to bezpieczne.
- Oszalałeś? - syknął Jastrzębi.
- Bardzo możliwe. Ale gdy pójdziemy tam wszyscy, a okaże się tą złą drogą... Nigdzie nie dojdziemy. A jak wejdę tam sam... Przynajmniej, gdy się nie uda, zginę tylko ja. - odpowiedziałem. - I wiecie co? Lepiej usiądźcie, bo ze złamaną łapą biegać tam nie będę.
Powoli zacząłem iść do przodu. Kiedy znalazłem się w środku, popatrzyłem na koty z tyłu. Westchnąłem cicho i popatrzyłem w głąb jaskini.
- Widzę... Nic. - powiedziałem.
- Witaj w klubie. - mruknął Jastrzębi.
Było tam chłodno i mokro. Wydawało mi się, że zaraz w coś wejdę. Co chwilę stawałem na ostrych kamieniach. Drżałem z zimna. Nagle wszedłem prosto w kamień.
- Aaaah! - wrzasnąłem.
Może i nie bolało bardzo, ale jednak.
- Co się stało? - krzyknęła Złocista Gwiazda.
- A... Już... Już nieważne! - wskoczyłem na ten kamień. Zacząłem iść coraz wyżej, co chwilę musiałem wskakiwać coraz wyżej. Zobaczyłem w oddali światło.
- E-ej! - krzyknąłem.
- Co?
- Światło widzę!
- CO?!
- WIDZĘ ŚWIATŁO!
- Płomienny, nie teraz! Umrzesz sobie potem!
- Ta... Dzięki!
Zacząłem tam iść. Po drodze kilka razy się potknąłem. Wyszedłem po drugiej stronie. Było tam jeszcze zimniej niż w jaskini, pewnie przez wielki wiatr. Był tak silny, że na początku prawie się przewróciłem. Nie zdążyłem zobaczyć nawet, jak wygląda wszystko dookoła, bo przed małym drzewkiem kawałek ode mnie, stał lis. Sam nie dam rady, przynajmniej droga tu jest bezpieczna. Zwierzę się na mnie rzuciło. Odskoczyłem. Zabolała mnie łapa, ale ważne, że przeżyłem.
- Nie, nie, nie, nie... Spokojnie... Grzeczny morderca... - cofałem się powoli.
Lis zawarczał i zaczął biec w moim kierunku.
- Płomienny, nie mów, że zginąłeś! - usłyszałem cichy głos.
- JESZCZE ŻYJĘ, DAJCIE MI CHWILĘ NA RATOWANIE ŻYCIA!
Wskoczyłem na jedną ze skał i rzuciłem w lisa kamieniem. Potrzepał łebkiem i zaczął się za mną wdrapywać.
- Ej, ej, ty umiesz się wspinać? Ale to niemożliwe! - próbowałem go kopnąć, ale się nie udało. Zeskoczyłem.
Wbiegłem do jaskini i pędem rzuciłem się do ucieczki. Kiedy byłem już blisko wyjścia skoczyłem, a potem dosłownie wyturlałem się na zewnątrz. Wszyscy na mnie patrzyli. Byłem lekko podrapany po chodzeniu w ciemnościach i obijaniu się na skałach.
- Czyli znalazłeś przejście? - odezwała się Mglista.
- Dzięki za troskę. Tak, wiem którędy mamy iść, ale tam jest lis.
Podniosłem się z ziemi i otrzepałem z brudu i innych wymiocin z jaskini.
Ktoś? xD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz