- Nie czuję łap. - marudził Błękitna Łapa, prawie włócząc się po ziemi. Wreszcie byliśmy na szczycie jednej z mniejszych gór. Daleko widać było już śnieg... Dużo, bardzo dużo śniegu. Ale przed nami... Dolina Niepokonanych. Trzeba będzie tam zejść, jest stromo. Przez całą dolinę ciągnął się krater, wielki i głęboki, wokół ani śladu życia, oprócz kolczastych krzaków. Pewnie nie wszyscy przetrwają...
Zaczęliśmy schodzić, miejscami się zsuwać. Po jakimś czasie niebezpiecznej wędrówki stanąłem na chłodnej, twardej ziemi w Dolinie Niepokonanych. Koty zaczęły zaniepokojone cicho rozmawiać.
- Nie podoba mi się to miejsce. - mruknął Jastrzębi, nasłuchując. Jednak wokół, oprócz naszych rozmów, panowała całkowita cisza. Żadnych zwierząt, tylko... Krążące nad nami wielkie ptaki. Zaczęliśmy iść dalej. Poczułem głód. Moje łapy bolały, ta złamana jeszcze bardziej, czułem się słabo. Chciałem już zakończyć podróż. W tej chwili. Ale nie mogłem. Każdy krok był męczarnią, czułem, że zaraz padnę. Nie było jedzenia ani picia. Zapadła całkowita cisza. Już niedaleko. Jednak to nie oznacza końca niebezpieczeństw. To, co wam pomagało, teraz przeszkodzi... Usłyszałem Kruczy Wiatr. Na początku nie zwracałem na to uwagi. Ale nagle... Zobaczyłem jak wielki ptak leci prosto na Kwarcka. Nagle jakiś kot skoczył w tamtym kierunku... Jastrzębi! Stanął nad kociakiem i zasłonił go własnym ciałem. Wielki ptak złapał go na moment za grzbiet wbijając pazury, ale po chwili zrezygnował i odleciał, puszczając wojownika, który po chwili przewrócił się na bok.
- Aaaah! Zdrada w rodzinie! Jastrząb chciał mnie zabić! - jęknął. Kwarcek, całkowicie zdezorientowany, patrzył raz na wojownika, raz na wszystkie inne koty. Jastrzębi leżał z pyszczkiem w ziemi, prawie jak martwy, ale co chwilę coś mruczał pod nosem. Jego grzbiet krwawił.
- Jastrzębi, czemu to ty zawsze pakujesz się w kłopoty? - miauknęła Ciemny Strumyk, podbiegając do niego. Sowie Pióro też tam podszedł i zaczął przyglądać się ranom wojownika.
- Ciemna... - mówił Jastrzębi, odwrócił się. - Widzę światło...
- To pewnie słońce, Mysi Móżdżku. - zaśmiała się zastępczyni.
Niektórzy zaczęli już iść dalej, ale ja wykorzystałem ten atak wielkiego ptaka i usiadłem.
- Bardzo śmieszne... - mruknął.
- Nie umrzesz. - powiedział Sowie Pióro. - Ale nie ma tutaj nic, czym można opatrzyć ranę. Musisz iść tak.
- Muszę?
- Nie. Możemy cię tutaj zostawić. - odezwała się Ciemny Strumyk.
Wojownik jednak postanowił iść z nami. Martwiłem się o niego, bo nie wyglądał na jakoś specjalnie silnego z krwawiącym grzbietem. Nie przeszliśmy nawet połowy Doliny Niepokonanych. Nagle Jastrzębi zaczął węszyć i nasłuchiwać. Wszyscy, którzy akurat szli niedaleko kocura, popatrzyli na niego. Przez chwilę jeszcze milczał.
- Nadlatują... - powiedział.
Popatrzyłem w górę, a tuż nad nami przeleciał kolejny ptak. Większy od tego poprzedniego. Poleciał dalej. Miałem nadzieję, że odleci, ale po chwili znów zaczął lecieć w naszą stronę. Był tuż przed nami i wtedy... Wróbli go złapał. Ptak zwolnił, ale zaczął lecieć w górę, razem z wojownikiem.
- Mogę wiedzieć co się dzieje? - zapytał Jastrzębi.
- Nie. - mruknął Sowi, patrząc na wszystko ze zdziwieniem.
- Wiśtawio Sójko jedna! - krzyknął Wróbli.
Ptak zaczął lecieć coraz bliżej ziemi, a w końcu wojownik się puścił i wreszcie spadł na ziemię... A dokładniej do kolczastych krzaków. Ptak zrezygnował i poleciał, tak jak ten poprzedni. Nie było widać Wróblego.
- Czemu jest tak dziwnie spokojnie? - szepnąłem.
Sowi wyglądał, jakby się uśmiechał... Albo właśnie tak robił. Zdążyłem zauważyć, że nie przepada za tym wojownikiem. Nagle ponad krzakami pojawiła się głowa Wróblego.
- A miałem nadzieję... - mruknął medyk.
Nic nie stało się Wróblemu. Oprócz tego, że był cały w kolcach... Poszliśmy dalej.
Robiło się już ciemno. Wszyscy byli głodni i zmęczeni, niektórzy ranni. Musieliśmy odpocząć. Wokół był już śnieg i to od jakiegoś czasu.
- Jestem taki głodny... Chyba umieram... - mówił któryś z kociaków.
- Zjemy potem... - odpowiedziała jego matka. - Dasz radę, jesteś silny.
Zatrzymaliśmy się. Trzeba będzie spać w śniegu. No cóż.
Położyłem się i zasnąłem.
Płomienna Gwiazdo! Już naprawdę niedaleko!
Otworzyłem oczy. Przede mną stała uśmiechnięta Kruczy Wiatr. Nagle za mną stanął Ciernista Dusza.
- Wiesz, że z wielką chęcią bym cię zabił za to pozdrowienie do twojej siostry? - warknął.
- Nie strasz go! - syknęła kotka.
Powoli wstałem.
- Którędy teraz mamy iść? - zapytałem.
- Tam, gdzie jest najmniej drzew. - odpowiedziała.
Ciekawe, czy będę wiedział, gdzie to jest. Wokół wszystko raczej wygląda tak samo.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszymy, że idziecie! - mówiła Kruczy Wiatr.
- Ja się cieszę, że nam pomogliście. - odpowiedziałem.
Popatrzyła na mnie, jakby nie wiedziała, o co chodzi.
- Wiesz... Zaprosiliście nas i w ogóle... - uśmiechnąłem się lekko.
- Oh, nie ma za co!
- A więc powodzenia. - powiedział Ciernista Dusza.
Obudziłem się. Od razu zacząłem szukać wzrokiem miejsca, gdzie najmniej drzew. Dziwne, bo takie znalazłem. Był poranek i wszyscy po chwili już się obudzili. Poszliśmy dalej. Po jakimś czasie zobaczyliśmy dużą, zaśnieżoną jaskinię.
- To już... Koniec? - uśmiechnął się Jastrzębi. - Ciemna, przeżyłem!
Był taki szczęśliwy, że już myślałem, że za chwilę zacznie tańczyć, ale na szczęście tak się nie stało. Nagle na mnie spadła duża ilość śniegu.
- Co... - popatrzyłem w górę. Na gałęzi nade mną siedziała Kruczy Wiatr. Wyglądała tak samo jak w śnie. Uśmiechnięta. Zeskoczyła na ziemię tuż przede mną.
- Jesteście! Dobrze cię widzieć nie w śnie! Duuużo tu kotów! - powiedziała.
Nagle obok mnie jakby znikąd pojawiła się Złocista.
- To ty! Cześć! Wiesz co? Mój brat na ciebie czekał!
- Nieprawda... - usłyszałem prychnięcie i nagle zza drzew wyszedł Ciernista Dusza. Popatrzył na wszystkie koty, mrużąc oczy.
- Zabijesz mnie, mam rację? - jęknąłem.
- Jeśli będę miał ochotę. - mruknął.
Cichy do mnie podszedł.
- Zapraszam do jaskini! - uśmiechnęła się Kruczy Wiatr. Wszyscy spokojnie zmieścili się do środka. Było tam małe jeziorko i bardzo dużo jedzenia. Mogliśmy się najeść.
- Ktoś czegoś jeszcze potrzebuje? - zapytał Ciernisty.
- Tak... - odezwał się Jastrzębi.
Krucza do niego podeszła.
- Czego potrzeba?
- Bo wiesz, ja... Tak jakby trochę umieram. Pomożesz?
- Jasne. - odpowiedziała łagodnie kotka. - Ale chodźmy na zewnątrz, żeby koty nie musiały słuchać twoich krzyków bólu, kiedy będę cię opatrywać. Brat, chodź z nami. Weź wszystkie potrzebne zioła.
Jastrzębi stał nieruchomo.
- No dalej, chodź. - mruknął Ciernisty.
- Oni mnie zamordują... - szepnął wojownik. - Przeżyłem podróż, to zginę teraz. Świetnie po prostu.
Jednak poszedł. Jego rany były dosyć poważne, więc faktycznie może go BARDZO boleć opatrywanie. Panowała cisza, a po chwili wrócił opatrzony. Usiadł obok nas nic nie mówiąc.
- Bolało gorzej, niż cokolwiek, co czułem w życiu... - szepnął.
- Ciesz się, że żyjesz. - powiedział Ciernisty.
- A więc... Jesteśmy. Co teraz? - zapytałem, patrząc na rodzeństwo.
Wy? xD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz